piątek, 13 stycznia 2017

45 Gość o świcie

C
oś zapukało w okno, ale James nie miał zamiaru się podnosić, nawet jeżeli to sowa z wynikami sumów. Czas, kiedy spał, był świętością, a przeszkadzanie powinni ścigać z urzędu. Mimo to stukot powtórzył się, denerwując Jamesa, który schował głowę pod poduszkę, mając nadzieję, że ta stłumi hałas.
Próżna nadzieja.
Wreszcie niechętnie otworzył jedno oko i podejrzliwie spojrzał na okno. Nie żeby widział coś wyraźnego, ale rozmiary sowy go zaniepokoiły. Przechylił głowę, wpatrując się na ciemny kształt niemal w całości wypełniający okno Potterów.
Bez kitu, nigdy nie widziałem tak cholernie wielkiej sowy, pomyślał.
Sięgnął po okulary i wreszcie świat nabrał ostrości. Wtedy też, ku swojemu najszczerszemu zdumieniu, zobaczył, że to nie kto inny jak Syriusz Black we własnej osobie zawzięcie stuka w okno. James podszedł do okiennicy oraz odmachał. Syriusz zaczął coś wściekle gestykulować, więc Potter uśmiechnął się przekornie i zaklęciem otworzył okno. Nigdy nie wiadomo, jak zdeterminowana sowa odwiedzi cię w środku nocy – zawsze lepiej użyć starego dobrego colloportusa.
– Co tak długo? Już zacząłem się zastanawiam, czy w ogóle żyjesz.
– Normalni ludzie śpią o tej porze – mruknął James, osłaniając oczy przed wschodzącym słońcem. – Ale rozumiem, że już dłużej nie mogłeś beze mnie wytrzy…
– Uciekłem z domu. Przechowasz mnie do września?
James Potter otworzył szerzej oczy, wpatrując się w Syriusza, jakby widział go pierwszy raz w życiu. Jasne, Blackowi nigdy nie układało się zbyt dobrze z rodziną, ale żeby od razu uciekać? James nie potrafił sobie wyobrazić siebie w podobnej sytuacji, chyba nie miał aż tyle odwagi. Zastanawiał się, co też się wydarzyło, że Syriusz podjął aż tak drastyczne kroki – w końcu nieraz już kłócił się z matką, a więc musiało zdarzyć się coś jeszcze…
– Możesz się u mnie zatrzymać – powiedział James. – Ale rodzice na pewno będą cię szukać…
– Nie wracam tam – odparł twardo, zaciskając dłonie w pięści.
– Dobra, poczekaj, wyjdę drzwiami, przecież nie będziemy się tutaj taszczyć oknem, nie?
Syriusz spojrzał na przyjaciela przekornie, a potem spróbował dźwignąć kufer. Zachwiał się pod jego ciężarem, ale udało mu się wepchnąć go do połowy. James uśmiechnął się i pociągnął z drugiej strony, wciągając bagaż do środka. W ostatniej chwili zdołał umknąć przed lądującą na podłodze skrzynią, co napędziło mu nie lada stracha. Potter pomógł wejść Syriuszowi, a następnie podszedł do drzwi i lekko je uchylił, jednocześnie nasłuchując. Spadający kufer narobił mnóstwo rabanu, właściwie niewiele mniej niż sam Syriusz, więc James spodziewał się, że wkrótce na korytarzu zjawią się rodzice. Jednak na razie wciąż było cicho.
– Opowiesz mi wszystko. Ze szczegółami – szepnął James do siedzącego pod oknem Syriusza. – Ale na razie schowaj się… hmm… do szafy?
– Serio?
– To naprawdę bardzo duża szafa, nie wybrzydzaj.
– Wolę pod łóżkiem. Obawiam się tego, co może się czaić w twojej szafie.
– Hej!
– Jim, mieszkałem z tobą w dormitorium pięć lat. NAPRAWDĘ nie chcę wchodzić do tej szafy.
– Jak tam sobie chcesz – burknął James, po czym dodał ciszej: – Ale pod łóżko sam bałbym się wchodzić.
– Słyszałem. Pod wyrkiem nie znajdę kapliczki Evans – rzucił Syriusz i zniknął pod łóżkiem, umykając przed lecącą poduszką.
– Pudło. Próbuj dalej!
James wyprostował się, nasłuchując. Wydawało mu się, że słyszał kroki na korytarzu. Szybko wgramolił się do łóżka, zakopał pod kołdrą i niemal w ostatniej chwili odłożył – a precyzyjniej, odrzucił – okulary na szafkę przy łóżku. Syriusz również zamilkł, a cichy szmer świadczył o tym, że zrozumiał, co się święci oraz wciągnął poduszkę do swojego tymczasowego lokum. Po chwili drzwi uchyliły się i stanęła w nich Dorea Potter, a blade światło różdżki rozjaśniało szarości brzasku. James miał nadzieję, że mama zaraz wyjdzie, jednak wielki kufer musiał zwrócić jej uwagę, bo otworzyła szerzej drzwi, po czym weszła do pokoju.
– Jimmy, przestań udawać – powiedziała, stając nad synem. – Co zbroiłeś? I czyj to bagaż?
James mrucząc niemrawo pod nosem przekręcił się na drugi bok i spróbował ukryć pod kołdrą. Kroki wskazywały, że Dorea oddaliła się od syna, co James przyjął z ulgą.
– Wygląda jak kufer Syriusza… – mruknęła pani Potter, a James ledwie stłumił jęk. – To jak będzie, James? Powiesz, gdzie ukrywasz kolegę, czy sama mam go znaleźć?
Potter mruknął coś pod nosem po raz kolejny. Wreszcie z najwyższą niechęcią usiadł na łóżku, przetarł oczy, sięgnął po okulary i spojrzał na mamę z najwyższym niezadowoleniem. Miał szczerą nadzieję, że jednak da się nabrać na to zaspanie i tę pretensję.
– To jak będzie? – zapytała Dorea, rujnując wszystkie plany Jamesa. Cóż, nie tym razem.
– Która godzina? – mruknął James, udając ziewnięcie.
– James…
Kiedy mama drugi raz zwracała się do niego pełnym imieniem, znaczyło to, że naprawdę ma kłopoty.
– Bo widzisz, mamo… – zaczął i przerwał, wichrząc włosy, żeby zyskać nieco czasu. – Nooo… mamy gościa. Ale niczym nie musisz się przejmować zbunkruję go u siebie w pokoju i w ogóle słowo daję, że tym razem będziemy grzeczniejsi i…
Dorea uśmiechnęła się z mieszaniną współczucia i niedowierzania, co James wziął za dobrą monetę. Syriusz postanowił najwyraźniej porzucić swoją dotychczasową kryjówkę i wygramolił się spod łóżka. Na głowie miał pełno pajęczyn, a ubrania nosiły wyraźne ślady kurzu, mimo to Syriusz ukłonił się nisko Dorei na przywitanie, niemal zamiatając ręką podłogę.
– Możesz mi wytłumaczyć, czemu używasz przyjaciela do czyszczenia podłogi? – zapytała pani Potter, podchodząc do Syriusza i rzucając kilka zaklęć czyszczących.
– Widzisz? Mówiłem, że szafa będzie lepsza! – burknął James.
– Eee tam, wciąż pamiętam, że w to w twoich szafach chowaliśmy łajnobomby, bo znalezienie czegokolwiek w tym burdelu graniczyło z cudem.
Dorea spojrzała na pierworodnego unosząc wysoko brew, a James był już pewien, że czeka go długa rozmowa.
– No dobrze – powiedziała pani Potter, przypatrując się Syriuszowi. – Zaraz przygotuję ci pokój, Syriuszu, ale najpierw powiedz mi, dlaczego przyszedłeś w środku nocy.
– Matka nie wspominała, że przyjadę? – zapytał Black, wciskając ręce do kieszeni.
– Nie, nie wspominała. Czym się tu dostałeś?
– Złapałem Błędnego Rycerza.
– Przebyłeś długą drogę, napiszę słówko twoim rodzicom, że dotarłeś bezpiecznie. Na pewno martwią się o ciebie.
– Nie trzeba – uciął szybko Syriusz, a widząc znów uniesioną brew Dorei, zrozumiał, że popełnił błąd i szybko się zreflektował: – To znaczy, lepiej sam wyślę im wiadomość.
– Mamo, kiedy będzie śniadanie? – podjął natychmiast James, próbując odwrócić uwagę mamy, ale Dorea zmarszczyła czoło, popatrując to na jednego, to na drugiego. Wreszcie powiedziała:
– Skoro nie chcecie mówić o tym teraz, zrobimy to później. Właściwie tak będzie lepiej, tata również powinien wiedzieć.
Dorea wyszła z pokoju, a James jęknął. Cóż, ta rozmowa nie należała do najlepiej rozegranych w ich huncwockiej karierze.
– No dobra, to teraz możesz wreszcie powiedzieć, co się stało. Tak serio.
Syriusz spojrzał w bok, wciąż trzymał ręce głęboko w kieszeniach, a jego mina nie świadczyła o zbyt dużej chęci do dyskusji. W dodatku Black miał na sobie mugolskie ubrania, co tym bardziej zaniepokoiło Jamesa. W domach radykalnych czarodziejów nie pozwalano na tak niestosowny ubiór, o czym Potter usłyszał od matki.
– Noooo? – popędził przyjaciela, ale Syriusz wciąż nie kwapił się do odpowiedzi.
– Wiesz, nie mogłem tam zostać – podjął w końcu uciekinier.
– Mieszkałeś tam prawie siedemnaście lat, gadaj lepiej, co się stało, a nie mydlisz mi oczy. W końcu znamy się nie od dziś.
– Znalazłem list wuja Alfarda do matki. Wiesz, zawsze wydawało mi się, że przynajmniej on jeden w tej rodzinie jest normalny, że mnie zrozumie. A on też chciał wysłać mnie do Durmstrangu dla „mojego dobra”. Jasne! Nie wsadzi sobie w nos takie dobro!
– Ale… decyzja już zapadła? I w ogóle to o co chodziło z tym dobrem?
– Właściwie to nie… – Syriusz prychnął. – Ale pewnie to była tylko kwestia czasu. Alfard pisał jakieś bzdury o tym, że w czasach, jakie nadchodzą, lepiej żebym był z dala od tego wszystkiego. Czy on naprawdę myśli, że rozpęta się jakaś wojna czy co? I niby jak ma mi pomóc bycie z daleka od każdego, który coś dla mnie znaczy, w tej durnej szkole, która słynie z czarnej magii i… grrr! Miałem dość tego, że oni wszyscy chcieli decydować, co będzie dalej z moim życiem bez mojego udziału.
Syriusz spuścił głowę, wciąż unikając wzroku Jamesa. Wydawał się zawiedziony, zły, ale i zagubiony. James podszedł do niego, położył mu dłonie na ramionach i powiedział:
– Rozumiem. Więcej tam nie wrócisz, bracie.
To był pierwszy raz, kiedy James nazwał Syriusza bratem wprost. Wiedział, ile to dla niego znaczy – po błyszczących oczach, po nieopisanej wdzięczności, która malowała się na jego twarzy. James nigdy nie chciał zastępować Regulusa, ale w jego opinii nie musiała w nich płynąć jedna krew, żeby mogli uznawać się za rodzeństwo.
– Dziękuję – szepnął Syriusz, ściskając Jamesa. – Nawet nie wiesz, jak jestem ci wdzięczny.
~*~
Rankiem śniadanie zjedli wyjątkowo późno, ale najwyraźniej Dorea postanowiła dać wszystkim chwilę dłużej pospać po tak niespodziewanym świcie. James oczywiście przyszedł ostatni, ale przywitał go intensywny zapach właśnie przygotowywanych omletów. Mama krzątała się przy kuchni, tata czytał Proroka ze zmarszczonym czołem, a Syriusz siedział przy stole i wcinał swoją porcję jak wilk.
– Cześć wszystkim – powiedział James i jeszcze raz przeciągnął się, wyciągając ręce w górę.  – Mmm, pysznie pachnie, mamo.
– Tak długo spałeś, że mieliśmy już wysyłać po ciebie ekipę ratunkową – powiedziała Dorea.
– Co tam tak czytasz, tato? – zainteresował się James, zaglądając tacie przez ramię.
Na zdjęciu widać było pogruchotany samochód, wokół kręcili się ludzie zbierający jakieś  nieregularne fragmenty czegoś, co przypominało metal do oznakowanych toreb. Teren ogrodzono taśmą, za którą licznie zgromadzili się gapie. W samym rogu zdjęcia James przez moment zobaczył podłużny worek, w jakim spokojnie zmieściłoby się ciało. Wzdrygnął się na tę myśl.
– W Irlandii doszło do zamachu – odpowiedział Charlus, składając gazetę. – Zginął Christopher Ewart-Biggs, mugolski ambasador. Jechał z nim jeden z aurorów, Brian Cubbon. Ministerstwo zatrzymało go w celu przesłuchań.
– Ale… – James zmarszczył czoło. – Jak to możliwe, że zginął, skoro był pilnowany przez aurora?
– Mówią, że to jakaś mina ziemna, cokolwiek to jest, że za zamach odpowiada ta mugolska organizacja, o której pisali wcześniej, chociaż to wszystko wygląda zbyt podejrzanie. Trudno uwierzyć, że doświadczony auror nie zbadał trasy ani nie rzucił zaklęć ostrzegawczych.
Zapadła cisza, a mącił jedynie odgłos skwierczących na patelni omletów. Na wprost Charlusa stał flakonik z unoszącymi się kłębami dymu nad szmaragdowym płynem wewnątrz niego. Tata sięgnął po eliksir i wypił całą jego zawartość jednym haustem, krzywiąc się przy tym jak zwykle. Nie znosił smaku najnowszego leku, jaki przepisali mu uzdrowiciele.  
– Wybaczcie, że popsułem atmosferę – powiedział tata, kładąc dłoń na ramieniu Jamesa. – Doreo, pisałaś już do Oriona?
– CO?! – wyrwało się Syriuszowi, a trzymane w ręku sztućce upadły na talerz z trzaskiem. – Przepraszam – zreflektował się szybko. – Sam chciałbym napisać do ojca, więc gdyby pani mogła…
– Wystarczy – przerwała mu Dorea. – Wiem dobrze, że uciekłeś z domu, a twoja matka na pewno zamartwiałaby się o ciebie, gdyby nie mój list. Jestem twoją ciotką, rodziną i chciałabym, żebyś o tym pamiętał.  I nie okłamuj mnie więcej, bo sprawiasz mi przykrość.
Syriusz skulił się na swoim miejscu.  
– Uszy do góry, mały – powiedział Charlus, uśmiechając się. – Naprawdę cieszymy się, że James wreszcie będzie miał z kim rozrabiać. A na przyszłość po prostu mów, jak jest. No dobrze, teraz chyba powinniście iść do Cannie, chociaż dziewczyna pewnie trochę się zdziwi, że wasza grupka się poszerzyła.
James zauważył, jak mama spoglądała na tatę ze zmarszczonymi brwiami i wiedział, że ojciec właśnie uratował ich przed długą pogadanką. W duchu obiecał sobie później podziękować mu za wszystko. Spałaszował śniadanie, chwycił Syriusza, pożegnał rodziców, a potem obaj opuścili dom.
Słońce stało już wysoko, kiedy szli chodnikiem. Owiewał ich przyjemny wietrzyk, a gdzieś z oddali dochodził świergot ptaka. Szli żwawo przed siebie, nie mówiąc nic. Minęli kościół, z którego dobiegało donośne bicie dzwonów. Syriusz obejrzał się w jego kierunku z wyraźnym zaciekawieniem.
– Coś się dzieje? – zainteresował się z zaniepokojeniem.
– Co? Aaa, chodzi ci o dzwony? Jest msza, w Londynie ich nie macie?
Syriusz zatrzymał się, spoglądając w otwarte drzwi, w których gromadzili się liczni ludzie. Wciągnął haust powietrza, spojrzał na przyjaciela i wypuścił, wzdychając oraz wzruszając ramionami.
– Możliwe.
– Jeżeli chcesz, możemy tam wejść. W końcu to nie tak, że będziemy przeszkadzać.
– Mieliśmy spotkać się z Cannie – mruknął Syriusz, ruszając przed siebie. – Zajrzę tam kiedy indziej, kiedy będzie czas.
– No jak chcesz, ale nic by się nie stało, gdyby Can trochę poczekała. – James wyszczerzył zęby.
Black wzruszył ramionami, wcisnął ręce w kieszenie i przyśpieszył kroku. James obejrzał się jeszcze raz. Czasami nie rozumiał, co siedziało w głowie Syriusza, a przecież z nim był najbliżej spośród wszystkich Huncwotów.
Wyszli na obrzeża wioski, gdzie domy stały coraz rzadziej, a potem skręcili w boczną dróżkę wiodącą do lasu. W głębi znajdował się niewielki domek jednorodzinny z czerwonej cegły. Po murze piął się bluszcz, którego liście zdawały się migotać w jasno święcącym słońcu. Zupełnie jakby w jego liściach ktoś zatopił miliony maleńkich brylancików. James uniósł brwi i pokiwał głową z uznaniem dla pracy pani White.
Nagle coś białego wyskoczyło z drzwiczek dla zwierząt zamontowanych w drzwiach frontowych, przemknęło wśród rosnących przy ścieżce fantazyjnie kolorowych wrzosów i pomknęło wprost na skraj lasu i na sosnę, na którą szybko się wdrapało. Zaraz za zwierzakiem wybiegła Cannie. Jednym susem pokonała kilka stopni prowadzących do domu, stratowała wrzosy, pokonała krótki odcinek dzielący ją od drzewa i zaczęła przyglądać się Szczocie, ewidentnie knując, jak dostać kotkę w swoje łapy.
James spojrzał na Syriusza, Syriusz na Jamesa i obaj wyszczerzyli się. Ugięli nogi, a następnie cicho zaczęli podążać w kierunku drzewa, na którym siedziała Szczota. Minęli grządki z fantazyjnie kolorowymi kwiatami, potem przyczaili się na chwilę we wspaniale pachnących wrzosach, aż w końcu w kilku susach rzucili się na Caniculę. Dziewczyna wrzasnęła przeraźliwie, rąbnęła Jamesa pięścią przez głowę, Syriusz oberwał wywijającymi na wszystkie strony nogami, a tymczasem Szczota zeskoczyła wdzięcznie z sosny i pognała w kierunku domu.
– Ała! Nie bij już! – jęknął Syriusz, próbując odturlać się na bok, żeby uniknąć kolejnego kopniaka.
– Właśnie! – dodał z wyrzutem James. – Jak traktujesz gości?
Cannie w końcu przestała wymachiwać kończynami, spojrzała na napastników, zmrużyła oczy, po czym warknęła:
– Widocznie ci goście zasługują na takie traktowanie, bo pierwsze słyszę, żeby napadać gospodarza.
– Kiedy my tylko chcieliśmy pomóc – natychmiast zauważył usprawiedliwiająco James.
– Chcesz znów zarobić w łeb? Nie? To przestań bajdurzyć.
– Dobra, dobra, zrozumieliśmy – mruknął Syriusz. – Możemy w końcu zabrać się do pracy?
– Tak właściwie to co ty tu robisz? – Cannie podejrzliwie przypatrzyła się Syriuszowi. – Podobno przeżywasz okropne katusze u rodziców. Tak przynajmniej twierdzi James.
Syriusz potarł policzek i wzruszył ramionami.
– No ale teraz jest u mnie – powiedział James.
– U ciebie? I jego rodzice tak wspaniałomyślnie się zgodzili?
– Zwiałem.
– Co zrobiłeś?!
– Zabrałem swoje rzeczy, złapałem Błędnego Rycerza i pojechałem do Jamesa. Nie zamierzam tam wracać, może zatrzymam się w Dziurawym Kotle, znajdę jakąś pracę…
– Zostajesz u mnie, przestać opowiadać głupoty – wtrącił poirytowany James. – Chyba nie chcesz robić mojej mamie przykrości, nie?
– Ale…
– Wspaniale! To postanowione.
– Eeee. – Cannie patrzyła na Jamesa z wysoko uniesionymi brwiami. – Wiesz, James, to było szybkie. Nawet jak na ciebie. Ale może on ma ochotę wrócić do rodziny?
– Nie ma – stwierdził Syriusz. – Możemy w końcu zająć się mapą?
Canicula spojrzała na Blacka, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, jednak powstrzymała się. Wstając, pokręciła głową i poprowadziła wszystkich do domu.
Korytarz wyłożono drewnianą boazerią w kolorze piasku, po obu stronach ścian znajdowały się rośliny, których pędy zwieszały się leniwie, lekko falując, choć nie było przeciągu by wiatr je kołysał. Na piętro prowadziły proste schody, natomiast obok stał wieszak na ubrania w kształcie powywijanych gałęzi.
Kiedy wchodzili po stopniach, z kuchni wyjrzała smukła blondynka z kotem na rękach. Szczota łasiła się do niej, głośno mrucząc. Alva White zmierzyła wszystkich troje uważnym spojrzeniem, po czym powiedziała:
– Mogliście nie tratować mi ogrodu, urwisy.
– Przecież i tak naprawisz to kilkoma machnięciami różdżki – mruknęła Cannie, zazdrośnie spoglądając na kotkę.
– Trochę więcej niż kilkoma – westchnęła kobieta. – Zaraz muszę wychodzić, tata umówił się na lunch z jakimś Lovellem, a wcześniej chciał coś przy okazji załatwić w pracy. Mówiłam mu, że mogę nas zabrać szybciej, ale uparł się jechać tym powolnym mugolskim pojazdem. W każdym razie zostaniecie sami. – Mówiąc to, Alva oddała kotkę w ręce Caniculi, co bardzo ucieszyło jej córkę, chociaż Szczotę niekoniecznie, bo od razu przestała mruczeć. – Mam nadzieję, że będziemy mieli do czego wracać – powiedziała jeszcze, puszczając oko do całej trójki.

– Mamo, ale pamiętasz, że ten Lovell jest szefem taty?
– Mhm. Co znaczy, że razem będą dwa razy dłużej zachwycać się promieniowaniem, radarami i latającymi cząsteczkami… Słoneczko, przecież wiesz, jaki potrafi być twój tata, kiedy zaczyna opowiadać o pracy. No, daj buziaka na drogę.
Cannie pocałowała mamę w policzek, puściła Szczotę i poprowadziła Huncwotów na piętro do swojego pokoju. Kotka chwilę jeszcze spoglądała w kierunku miejsca, gdzie zniknęła Alva, aż w końcu nieśpiesznie podreptała za Caniculą. 
Weszli do przestronnego pomieszczenia z wielkimi oknami dachowymi wpuszczającymi mnóstwo światła. Niemal na środku stał pokaźnych rozmiarów teleskop pokryty cieniutką warstewką kurzu. Do ściany przymocowano liczne półeczki do wspinaczki specjalnie dla Szczoty, pościel na łóżku wciąż była rozgrzebana, na fioletowych ścianach zupełnie jak w korytarzu zawieszono rośliny, których pędy zwieszały się na szerokie białe szafy, jednak kwiaty w pokoju Cannie wypuściły nabrzmiałe białawe pąki majce lada chwila rozkwitnąć. 
Canicula podeszła do komody przy łóżku, otworzyła szufladę i zaczęła poszukiwania. Po dłuższej chwili w końcu usłyszeli okrzyk triumfu, kiedy wydobyła podniszczony kawał pergaminu.
– Tak właściwie to czemu mapa jest u Cannie? – zainteresował się Syriusz.
– Masz coś przeciwko? – zapytała Cannie, uśmiechając się przymilająco.
– Nie mam, tylko…
– To świetnie, możemy przejść do rzeczy – stwierdziła, rozwijając przed chłopakami mapę.
Na pergaminie biegły liczne krzyżujące się ze sobą linie, lecz w niektórych miejscach pojawiały się białe plamy, szczególnie w okolicach pokojów wspólnych oraz gabinetu dyrektora, gdzie przedostanie się było wyjątkowo trudne. W kilku miejscach zaznaczono obiekty, przy których pojawiały się znaki zapytania. Obrzeża szkoły niemal w całości pozostawały niezbadane, jednak podczas zaplanowanych na ten rok wycieczek z Remusem mieli zamiar nieco popracować nad okolicą Hogwartu. Stanowiło to też dobrą wymówkę na wytłumaczenie Cannie znikania całej czwórki Huncwotów. Wyjaśnienie, czemu nie mogą zabrać ze sobą przyjaciółki, wciąż pozostawało jedynie mętne, bo nie potrafili znaleźć odpowiedniego powodu prócz tego prawdziwego.
Nim jednak zdążyli zabrać się do prac nad mapą, usłyszeli trzask drzwi wejściowych. Po chwili dobiegł ich  głos pani White, która najwyraźniej kogoś witała. James oraz Syriusz spojrzeli na Caniculę pytająco, a ona uśmiechnęła się przepraszająco, kiedy w drzwiach stanął Caradoc Dearborn.
– Miałeś wpaść później – powiedziała Cannie, wstając i podchodząc do gościa, tymczasem James zwinął mapę i pośpiesznie wrzucił ją pod łóżko.
Szczota zeskoczyła ze swojego legowiska na szafie, zjeżyła się na widok Dearborna i zamiauczała przeciągle.
– Wybacz, ale pomyślałem, że moglibyśmy spotkać się przed koncertem, spędzić trochę czasu razem. Nie wiedziałem o twoich gościach.
James wyraźnie wychwycił zawód. Pomimo wszystkich ostrzeżeń i wątpliwości Huncwotów, Cannie nie zerwała z Caradokiem. Może i nie dali mu szansy, ale też żaden z nich nie sądził, żeby taki bufon na tę szansę zasłużył. Potter przypuszczał, że Canicula wspominała chłopakowi o ich niechęci, więc reakcja Dearborna w ogóle go nie zdziwiła.
– Idziesz na koncert, Can? – zapytał James, ignorując przybysza.
– Mieliśmy dzisiaj jechać na koncert Hobogoblinów, Stubby Boardman jest genialnym wokalistą i aż żal nie skorzystać z okazji do posłuchania go na żywo, kiedy udało mi się zorganizować bilety. Myślałem, że Cannie wam powiedziała, w końcu jesteście przyjaciółmi.
Ty wredna zawszona tchórzofretko, pomyślał James. Z pełną premedytacją próbujesz wbić między nas szpilę.
– Jasne, że Canicula nam mówiła – powiedział Syriusz, a Dearborn uniósł wysoko brwi. – James jak zwykle zapomniał, zupełnie jak ty, że kiedy się z kimś umawia, przychodzi się na wskazaną godzinę.
Caradoc zaczerwienił się i już otwierał usta, ale przerwała mu Cannie:
– Wystarczy tego dobrego. Nie mam zamiaru słuchać, jak się kłócicie, więc może wyjdźcie wszyscy trzej i wróćcie tu później, jak w końcu dojdziecie do porozumienia.
Syriusz podniósł się od razu, James z pewnym ociąganiem dołączył do przyjaciela, ale nawet mijając w drzwiach Dearborna, nie wyglądało, jakby Puchon się gdzieś wybierał.
– Nie bardzo nam wyszło to spotkanie – mruknął smętnie James. – Przepraszam, myślałem że razem z Can trochę się rozerwiesz…
– Daj spokój, Jim. Widziałeś, jak uparcie sterczał tam, kiedy się zbieraliśmy? – James kiwnął głową. – No właśnie, a Cannie nie żartowała, więc pewnie niedługo nasz drogi Puchon oberwie.
James wyszczerzył się do przyjaciela i dalej ruszyli już znacznie raźniej.
~*~
Dwaj Huncwoci wrócili do domu państwa Potterów i większość dnia spędzili na grze w quidditcha. Późnym popołudniem, James dostrzegł sowę, która leciała wprost do ich domu, więc zawołał Syriusza, myśląc o wynikach sumów.
Może i James pozostawał pewien, że poszło mu świetnie, ale zobaczenie tego na pergaminie stanowiłoby dodatkową satysfakcją. Poza tym wciąż zależało mu na poprawieniu humoru przyjaciela, szczególnie, że wypad do Cannie nie poszedł po jego myśli.
Gdy weszli do kuchni, Dorea już odwiązywała liścik od nogi sowy. James przyglądał się uważnie zwierzęciu, które przyleciało i właściwie był pewien, że nie jest to szkolna sowa – zbyt elegancko łypała na nich spod oka, zbyt lśniące miała pióra, zbyt ciemne upierzenie. Wchodzący za młodym Potterem Syriusz aż się zjeżył na widok ptaka i zapytał napastliwie:
– Dlaczego?
– Bo twoi rodzice powinni wiedzieć, gdzie jesteś. Byłam to winna twojej matce.
– A co ze mną? Mnie mogła pani tak po prostu wydać?
– Przestań dramatyzować, Syriuszu. Napisałam do twojej rodziny, żeby mieli pewność, że jesteś bezpieczny, że ma się kto tobą zająć, żeby nie musieli szukać cię po całym Londynie i zamartwiać się o ciebie.
– Nie zamartwiają się, jestem tego pewien. 
– Więc się mylisz. – Mówiąc to, Dorea wyciągnęła w stronę Syriusza pergamin, na którym drżącą dłonią napisano tylko jedno słowo: dziękuję.
Syriusz odwrócił się na pięcie oraz wyszedł na zewnątrz. James podążył za nim, choć znów nie wiedział, co powiedzieć, jak pocieszyć przyjaciela. Miał nadzieję, że sama obecność wystarczy, jak zwykle, kiedy żadne słowa nie mogły nic zmienić.