środa, 9 grudnia 2015

42 Spowiedź

K
oło ucha Jamesa świsnął kafel, wyrywając go z zamyślenia. Potter słyszał za sobą rozzłoszczony krzyk Giseli, jednak chciał naprawić błąd. Przywarł do trzonka miotły, mknąc wprost na Izabelę Reverte, która pod pachą ściskała czerwoną piłkę. Udało mu się ją dogonić, lecz w ostatniej chwili zdążyła podać do Dorady.
James paskudnie zaklął.
Grali w finale, a zwycięstwo znajdowało się w zasięgu ręki i – jak na złość – zupełnie nie mógł się skupić. Wiedział, że drużyna na niego liczy, że cały dom trzyma za nich kciuki – gdyby tylko udało im się wygrać, Puchar Domów niewątpliwie trafiłby do Gryffindoru – ale myślami wciąż przebywał w gabinecie Aikena.
Ledwie Remus oraz Peter wyszli, taszcząc między sobą nieprzytomną Cannie, wampir wyłamał się spod działania Cruciatusa. Syriusz był potwornie blady i James obawiał się, że niedługo może stracić przytomność, a wtedy zostałby sam na placu boju. Potter nie miał pojęcia, dlaczego użyte przez niego zaklęcie niewybaczalne nie wywarło żadnego efektu. Większość czarów zwyczajnie pozostawała bezsilna wobec bestii, która rozwściekła się odebraniem ofiary, wydała wibrujący ryk i umknęła w mrok pokoju.
Na granicy światła i cienia co chwilę pojawiał się wampir, chcąc zmylić zwierzynę. Bawił się, a James doskonale zdawał sobie z tego sprawę i to napawało go przerażeniem. Gdyby opuścił Syriusza, być może udałoby mu się zaatakować z zaskoczenia oraz skutecznie zranić bestię. Jednak równie dobrze wampir mógł zabić Blacka, a następnie zabrać się za Jamesa.
Wtem Aiken wyskoczył z mroku i w kilku susach niemalże dopadł Huncwotów. W ostatniej chwili James krzyknął Protego, a siła zaklęcia odrzuciła bestię z powrotem w cień. Ich sytuacja nie zmieniła się zbytnio, ledwie odwlekli konfrontację, a znajdowali się w beznadziejnej pozycji.
Potter domyślał się, że wampiry świetnie widzą w mroku, a w dodatku potrafią poruszać się niemal bezszelestnie. Aiken przez cały czas kręcił się w pogrążonej w cieniu części pomieszczenia i nigdy na nic nie wpadał, nigdy nawet pojedyncza deska nie skrzypnęła pod jego nogami. Wydawało się, że bestia nie najlepiej tolerowała światło słoneczne oraz w miarę możliwości starała się go unikać. James nie rozumiał, z jakiego powodu – nieraz widział Aikena w ciągu dnia, choć wydawał się wiecznie chory. I wtedy do Jamesa dotarło, że być może tajemnicza przypadłość nauczyciela wiązała się z wyniszczającym wpływem słońca.
– Musimy go wywabić – powiedział do Syriusza, który wciąż przyciskał dłoń do krwawiącego barku. Krew wydawała się jaśniejsza niż powinna, co zdziwiło Pottera.
– Poprawka: ja go wywabię, ty uderzysz kołkiem. Może drugi go położy i uda nam się zyskać trochę czasu, zanim przyjdzie pomoc.
– Zwariowałeś?! Nie pozwolę ci…
– Jim, widzę plamy przed oczami. Za chwilę zostaniesz tu sam, do cholery!
– Dobra. – James kiwnął głową, wiedząc, że pomysł Syriusza był najlepszym wyjściem.
Potter odszedł, kryjąc się koło półki, za plecami mając ścianę, dzięki czemu wiedział, że nikt nie podkradnie się do niego od tyłu. Uważnie obserwował Syriusza, który siedział w strumieniu światła i coraz bardziej pochylał się ku podłodze. Wampir pozostawał skryty w mroku, zupełnie jakby naigrywał się z ich planu, jakby chciał pokazać, że on ma czas i może się z nimi bawić.
Wreszcie Syriusz osunął się, a James ledwie powstrzymał się przed podbiegnięciem do niego.
Ty skurczybyku!, zrozumiał rozwścieczony James. Przez cały czas czekałeś, aż upadnie, doskonale wiedząc, że wtedy nie oberwiesz Cruciatusem! Pewnie jeszcze liczyłeś, że podbiegnę do niego i wtedy zeżresz też mnie. Niedoczekanie, przeklęty bydlaku!
Wtem James poczuł obok siebie oddech, przekręcił się i zobaczył gorejące czerwienią oczy w twarzy, jaką znaczyły czerniejące plamy. Odwrócił się oraz wrzasnął Relashio! Z różdżki popłynał strumień ognia, uderzając w wampira oraz chciwie pochłaniając jego szaty, paląc włosy, brwi i żrąc skórę. Bestia zawyła z wściekłości i, płonąc, zrobiła kilka chwiejnych kroków ku cofającemu się Jamesowi.
Accio, kołek – zdołał wykrztusić, a noga od krzesła wyrwała się z ciała Aikena i powędrowała do ręki Pottera.
Drewno było przesiąknięte kapiącą na kremowy dywan krwią. James widział, jak wampir do niego podchodził, wyciągając gorejącą dłoń przed siebie, jakby chciał go dosięgnąć. Nagle płomienie zniknęły, a ręka wampira opadła. Bestia stała na wprost Jamesa, a w pomieszczeniu roznosił się odór krwi oraz palonego mięsa. Stali pod strzaskanym oknem na szkle, które kruszyło się pod stopami i – James z trwogą zdał sobie z tego sprawę – wampir uśmiechał się.
Puste, zdeformowane oczodoły powoli obłaziły ze spalonej skóry. Przerażająco spalone usta odsłaniały zęby, a w oczy rzucały się wydłużone kły. Z resztek nosa sączyła się paskudna wydzielina. Jednak mimo tego wszystkiego bestia żyła i leczyła się w oczach.
Potter poczuł, jak gotowała się w nim wściekłość. Mocno zacisnął dłoń na okrwawionym kołku i rzucił się do ataku. Wtem poczuł, jak coś odrzuciło go z powrotem na środek gabinetu, tuż obok potwornie bladego Syriusza. Odwrócił się i zobaczył, jak obok zniszczonych drzwi stał Albus Dumbledore. Towarzyszący mu Kettleburn opuścił różdżkę, machnął nią ponownie, a zaklęcie zmusiło wampira do cofnięcia się kilka kroków, dzięki czemu znalazł się w cieniu.
– To wampir! – wrzasnął James, wskazując na Aikena.
Dlaczego mnie powstrzymali?, nerwowo zastanawiał się James, czując się zdradzonym. Nie wydają się zaskoczeni. Zupełnie… zupełnie jakby wiedzieli, dotarło do niego z konsternacją.
– Dziękuję – doszedł go chrapliwy głos, w którym James z trudem rozpoznał Aikena.
Potter odwrócił się w stronę stojącego w półcieniu wampira i dostrzegł, jak skóra bestii łuszczyła się, tworząc płaty i odpadając, ukazując zaczerwienioną tkankę. Niemal w całości spalone ubranie wisiało na Aikenie w strzępach, a w boku zionęła potworna dziura po kołku. Przy wszystkich obrażeniach, jakie odniósł, wciąż mógł stać o własnych siłach, a w dodatku wydawało się, że jego organizm upiornie dobrze radził sobie z naprawianiem szkód. James poczuł oblewający go zimny pot – nigdy nie widział tak makabrycznej maszyny do zabijania.
– Powinieneś zginąć! – wykrzyknął James i splunął w jego stronę.
– Spokojnie, James – powiedział Dumbledore, pochyliwszy się nad Syriuszem.
Dyrektor wykonał różdżką skomplikowany ruch, a bark Syriusza owinęły bandaże, kolejny i chłopak uniósł się w powietrze. Następnie Dumbledore rozejrzał się z wyczekiwaniem, a wkrótce przez zniszczone okno wleciał czerwono-złoty ptak, który wylądował nad lewitującym Syriuszem, rozwinął ponownie skrzydła i wtedy obaj zajęli się ogniem, znikając.
James nie mógł powstrzymać okrzyku zdumienia, jaki wyrwał mu się z ust. Słyszał, że Dumbledore posiadał feniksa, jednak nigdy nie miał okazji go zobaczyć. A teraz pojawił się znikąd i zabrał Syriusza nie wiadomo gdzie!
– Charlie – dyrektor zwrócił się do wampira – musimy porozmawiać po tym, jak Silvanus zajmie się twoimi ranami.
– Niech go pan zwolni! – wykrzyknął James. – Chciał zabić Cannie i Syriusza! To morderca!
– Masz rację – zarzęził Aiken. – Żyją dzięki tobie, dziękuję, że nie pozwoliłeś mi ich zabić.
– Skąd wiesz, że żyją?! – wykrzyknął James, czując, jak łzy spływały mu po policzkach.
– Jestem wampirem, słyszę bicie ich serc.
– James, chciałbym z tobą pomówić – spokojnie powiedział Dumbledore, kładąc dłoń na ramieniu Pottera.
James Potter pamiętał, jak wściekle strącił dłoń dyrektora, jak nawrzucał mu, że nie dba o bezpieczeństwo uczniów, a następnie pognał wprost do skrzydła szpitalnego. Natknął się na zamknięte drzwi, więc walił w nie pięściami, domagając się wpuszczania. Zdarł sobie knykcie do krwi, lecz nie zwrócił na to uwagi.
Tłuczek uderzył Jamesa w plecy, wypychając całe powietrze z płuc. Z trudem udało mu się utrzymać na miotle, a kafel wyleciał z rąk. Ponownie pochłonęły go rozmyślania o niedawnych wydarzeniach, choć z takim uporem chciał je wymazać z pamięci.
Grał wymarzony finał ze Ślizgonami! Ten mecz miał być zwieńczeniem całego sezonu, wreszcie James chciał pokazać, że jest w stanie wygrać z Ciri. Tyle razy słyszał, że jest najlepsza, że nikt jej nie dorównuje – pragnął udowodnić wszystkim, w jakim błędzie tkwią, jak bardzo go niedoceniają. Mógł cenić jej zdolności, jednak nie potrafił pogodzić się z tym, że wyprzedza go Ślizgonka.
Benio Fenwick podał do Jamesa, a James do Giseli. Izabela próbowała odebrać kafla, jednak wysłany przez Rolfa Lewisa tłuczek skutecznie ją do tego zniechęcił. Gisela wyrwała do przodu, a James leciał lewym skrzydłem, asekurując. Nagle z nieba spadła na nich Ciriana, pikując w szaleńczym korkociągu. Potter umknął w bok, Gisela von Schiller zawahała się, a ten krótki moment wykorzystała Dorada Meadowes, wyrywając kafla. Wkrótce rozległ się krzyk Mabel Offish:
– Ślizgoni prowadzą dwadzieścia do dziesięciu!
James zaklął ponownie. Nie mogli sobie pozwolić na jakiekolwiek utraty punktów, w tym meczu każda bramka mogła rozsądzić o ostatecznym wyniku.
Odwrócił się w kierunku trybun, na których siedzieli Remus oraz Peter. Pani Cavani właściwie nakazała im odejść i tylko dlatego dowlekli się na mecz. Mieli grobowe miny, a oczy Petera wciąż pozostawały zaczerwienione od płaczu.
James umknął przed kolejnym tłuczkiem, wyrwał kafla niemal równie rozkojarzonej Cirianie i rzucił prosto w obręcz. Szkarłatne trybuny uniosły się w radosnej wrzawie, wiwatując, a James poczuł, jak zimny dreszcz przebiegał mu po plecach.
Pamiętał krew w gabinecie Aikena – wielkie plamy na dywanie, krople skapujące z kołka, okropną kałużę, jaka utworzyła się pod nogami wampira, gdy z jego boku wyrwał się kołek. Posokę sączącą się z jamesowych knykci, gdy desperacko uderzał w drzwi, które wreszcie otworzyły się przed nim. Wpadł do środka, upadając na kolana i niemal natychmiast się podnosząc. Zastraszająco szybko bijące serce zamarło na widok bladego ciała Syriusza.
– Czy…? – wykrztusił w przestrzeń, nie potrafiąc oderwać wzroku od przyjaciela.
– James, żyjesz!
 Czyjeś ramiona uwiesiły się na nim i James przez chwilę nie mógł rozpoznać, z kim miał do czynienia. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to Peter ściskał go piekielnie mocno. Wtedy zza kotary wyłonił się Remus, a jego oczy były przerażająco puste. Lupin zupełnie jak we śnie uniósł wzrok na Jamesa i smutno pokręcił głową. Przez uchylone okno weszła Szczota, która przemknęła koło Remusa, jakby coś ją goniło.
– Kto wpuścił tu tego kota?! – krzyknęła poirytowana pani Cavani.
– Black dostrzegł złotego znicza! – wykrzyknęła Mabel Offish, wyrywając Jamesa z zamyślenia.
Spojrzał w niebo, osłaniając oczy ręką i faktycznie dostrzegł nikłą złotą plamkę, którą wkrótce przysłoniły furkoczące na wietrze zielone szaty Regulusa Blacka. James żałował, że to nie Syriusz, że już nigdy razem nie zagrają w quidditcha.
Nagle do Jamesa dotarło, jak żałośnie płytkie zdawały się teraz jego marzenia. Czym był jeden wygrany mecz? Dwa? Cały sezon? Teraz wszystko to straciło znaczenie i rozśmieszyło Jamesa. Nie patrzył na to, kto złapał znicza, choć słyszał okrzyki radości i wrzask ponurego rozczarowania. Wylądował na ziemi równo z gwizdkiem pani Hootch i pierwszy zszedł z boiska.
– Ślizgoni wygrywają Puchar Quidditcha! – dotarł do niego wrzask Mabel i uśmiechnął się na ten komunikat.
Zasłużyli, pomyślał. Ciri zasłużyła. Ja już odebrałem swoją nagrodę. Ale w następnym roku… w następnym roku zwycięstwo będzie nasze.
Tuż koło wyjścia ze stadionu czekali na niego Remus oraz Peter. We trzech udali się do skrzydła szpitalnego.
W białym pokoju za białym zasłonami w białej pościeli leżały dwie blade osoby. Pod ich oczami rysowały się ciemne zakola, a na rękach podbiegłe krwią siniaki. Ledwie podeszli cichutko, Syriusz uchylił powieki, spoglądając na przyjaciół zmęczonym spojrzeniem. Chciał się unieść nieco wyżej na poduszkach, jednak szybko zaprzestał prób i skrzywił się, wzdychając.
– Już po meczu? – zapytał, chrypiąc.
– Tak – odparł James, spoglądając w kierunku zwiniętej w kłębek Szczoty.
Kocica nie dała się wyprowadzić, jeżyła wściekle sierść i wlepiała żółte ślepia, kiedy tylko pani Cavani choćby wspominała o wyniesieniu jej białego futra. Odkąd zjawiła się w skrzydle szpitalnym, ułożyła się koło ręki Caniculi i zawsze – gdy opuszczała bok opiekunki – trącała jej dłoń noskiem. Szczota nigdy nie wychodziła na długo, zupełnie jakby bała się ponownie zostawić Cannie samą.
– I jak? – zapytał Syriusz, uśmiechając się blado.
James spuścił głowę i wzruszył ramionami. Nie miał ochoty opowiadać o porażce czy w ogóle o quidditchu. Chętnie przekazałby przyjacielowi dobrą wiadomość, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że nie byłaby to ta wyczekiwana nowina. Potter spojrzał na łóżko Caniculi i powiedział:
– Wygrywanie, gdy nie ma was na boisku, jest do kitu. W przyszłym roku nie możecie mnie wystawić.
– Masz to jak w banku – odpowiedział Syriusz, ale głos zadrżał mu niepewnością.
– C-czy… – zająknął się Peter. – Czy pani Cavani mówiła co dalej?
– Podsłuchałem, jak opowiadała McGonagall, że już powinna się obudzić – powiedział Syriusz, próbując podciągnąć się na łóżku. – Ał, nie wie, czemu Cannie tego nie zrobiła. Wspominała coś o tym, że możliwe, że jej organizm potrzebuje więcej czasu albo… – przerwał, krzywiąc się.
– Ale nie będzie…? – zapytał James, obawiając się odpowiedzi.
– Nie wiem.
– Jasne, że będę na was wściekła – wyszeptała Canicula, spoglądając na nich spod uchylonych powiek.
James rozpromienił się i rzucił w kierunku łóżka Cannie. Uścisnął ją mocno, a zaraz za nim podeszli do niej Peter i, nieco niepewnie, Remus. James Potter poczuł ogromną ulgę, zupełnie jakby ogromny kamień spadł mu z serca. Ogarnęła go euforia i był niemal pewien, że nawet działanie Felix felicis nie mogło równać się szczęściu, jakie w tej chwili odczuwał.
Nawet jeżeli ma stać się kimś takim jak on, pomyślał James, nic się nie zmieni, bo wróciła. Remus jest wilkołakiem i jest w porządku, więc z wampirzycą również sobie poradzimy. Teraz… teraz już wszystko będzie dobrze. Na pewno.
– Martwiliśmy się, Can – powiedział James, przecierając wilgotne oczy. – Martwiliśmy się jak cholera. Ani się waż więcej tak nas straszyć.
– Przepraszam, nie chciałam, żeby tak to się skończyło, ale musiałam mu podziękować.
– Podziękować? Podziękować?! – zdumiał się Remus, ze złością patrząc na Cannie. – Nie musiałaś dziękować Aikenowi. Za nic.
– Chciałam, a on na to zasługiwał. Uczył mnie i dzięki niemu…
– To był jego psi obowiązek, żeby cię nauczyć – warknął Remus, a w jego oczach pojawił się zwierzęcy błysk.
Canicula zmarszczyła brwi i pokręciła głową. James we wszystkim zgadzał się z Remusem i nie potrafił zrozumieć, dlaczego wciąż – po tym wszystkim – uważała, że pójście do Aikena nie stanowiło błędu. Gotów był wtrącić się do dyskusji, jednak wtedy przyszła pani Cavani, którą najwyraźniej zwabiły podniesione głosy. Pielęgniarka nakazała trzem huncwotom opuścić salę.
~*~
Kilka dni później Syriusz oraz Canicula wyszli ze szpitala. Oboje wciąż pozostawali nieco bladzi, a rany nie goiły się dobrze, więc pani Cavani nakazała obojgu pić eliksiry wspomagające leczenie. W wieży Gryffindoru powitano ich radosnymi oklaskami i wiwatami – zupełnie jakby wrócili bohaterowie.
Nie mówili o Aikenie ani o tamtym popołudniu. James nie potrafił zrozumieć, dlaczego Cannie nie winiła Aikena za to, co się stało. W jego pamięci zbyt jaskrawe były złość oraz strach, przejmujące przerażenie na widok ciała przyjaciółki oraz spalona twarz nauczyciela i odpadające z niej płaty spalonej skóry. Krew na ustach Aikena, mrożący krew w żyłach warkot, jaki dobywał się z jego gardła, wciąż czaiły się w zakamarkach umysłu. Zdarzało się, że James oglądał się za siebie bez powodu dręczony przeczuciem, że za nim bezgłośnie skrada się wampir.
Po szkole rozeszła się wieść o naturze Aikena. Wielu uczniów powątpiewało w pogłoski, nie dowierzając, lecz – gdy widzieli rany Caniculi lub Syriusza – trudno było wątpić. Jednak niektórzy wciąż uważali, że wszystkie te opowieści są jedynie żartem Huncwotów. Aiken wydawał się zbyt spokojny, zbyt wyważony, zbyt pedagogiczny, by uważać go za bestię. Wtedy James zrozumiał, jak podstępni mogą być wrogowie.
Zbliżał się czas uczty pożegnalnej, a Huncwoci siedzieli na fotelach przed kominkiem. Okno otwarto na oścież, a do środka wlatywał ciepły, letni wiat, który poruszał zasłonami. James usłyszał, jak ktoś schodził po schodach i faktycznie po chwili zobaczył Caniculę. Na jej ręku wciąż bielił się opatrunek, a pod oczami malowały cienie. Pani Cavani powiedziała Cannie, że Aiken wsączył w nią jad, który spowalniał gojenie się ran oraz wpływał negatywnie na metabolizm; zapewniła również, że niemożliwe, aby Canicula stała się wampirem.
– No, nareszcie jesteś! – zakrzyknął James, podchodząc do Cannie. – Czekaliśmy na ciebie.
– Eee… czemu? – zapytała, a Szczota otarła się o nogi Caniculi, głośno mrucząc.
– Musimy mieć jakiś powód? – zaczepnie zapytał Syriusz.
– Zważywszy na ostatnie okoliczności, chyba mamy powody, żeby cię pilnować – wtrącił się Remus, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
– Możemy cię odprowadzić tam, dokąd idziesz – dodał Peter, uśmiechając się pocieszająco.
– A tak właściwie, to gdzie się wybierasz? – zainteresował się James i poprawił okulary.
Canicula mruknęła coś niewyraźnie. Schyliła się oraz złapała Szczotę, która niemal natychmiast – swoim zwyczajem – spróbowała się wyrwać.
– Uch, daj spokój, Szczota – mruknęła z irytacją Cannie. – Myślałam, że teraz lubisz ze mną przebywać. W skrzydle szpitalnym nie opuszczałaś mnie na krok.
Szczota miauknęła przeciągle, a Canicula wypuściła ją na wolność. Kocica otrzepała futerko i wskoczyła na kolana Petera, depcząc miejsce i wścibiając pazurki. Tylko od czasu do czasu spoglądała w kierunku Cannie, upewniając się, czy stoi w tym samym miejscu.
– Więc, tak właściwie, gdzie idziesz? – zapytał ponownie Remus, a James postanowił poprzeć przyjaciela gorącym kiwnięciem głową.
– Muszę to wyjaśnić – westchnęła Canicula. – W zeszłym roku założyliśmy, że Atropos była winna, a ja wciąż zastanawiam się, czy na pewno mieliśmy rację. Tym razem chcę mieć pewność i dlatego muszę z nim porozmawiać i dowiedzieć się, dlaczego…
– Zwariowałaś – przerwał jej Syriusz i, krzywiąc się, raptownie zerwał się z fotela. – Tamto z zeszłego roku to zupełnie co innego.
– Can, Atropos nie próbowała cię zabić – warknął James również skrzyżowawszy ramiona.
– Uch, nie możecie mi zabronić!
– Pójdziemy z tobą – zaoferował się Peter, a przyjaciele spojrzeli na niego z niedowierzaniem.
James przewrócił oczami, zastanawiając się, od kiedy Peter zrobił się aż tak pomocny. I chętny do spotkań oko w oko z wampirami.
Pomimo tego, że w zdecydowanej większości uważali pomysł za idiotyczny, poszli.
Canicula zapukała, a drzwi uchyliły się i w półcieniu dostrzegli kredowobiałą twarz Charlesa Aikena. Na skórze nauczyciela widniało wiele różowawych przebarwień, a włosy na głowie teraz były niezwykle krótkie. Oczy przewiązał materiałem, co jasno wskazywało, że nie udało mu się zregenerować wszystkich ran. Ku zdziwieniu Jamesa, Aiken wpuścił ich do środka z nieco bladym, przepraszającym uśmiechem.
Ostatnie okno zasłoniono kotarą, jednak dwa pozostałe wpuszczały światło. James miał wrażenie, że to swoista strefa buforowa odgradzająca od Aikena, który – przechodząc przez oświetloną część pokoju – założył kaptur. Pomimo oślepienia wampir poruszał się bez problemów, doskonale znając ułożenie wszystkich rzeczy w pokoju.
– Nie spodziewałem się was tutaj, moi mili – powiedział Charles, ciężko siadając przy biurku w cieniu.
– Jasne – fuknął James, nerwowo zaciskając dłoń na różdżce. – Nie po tym, jak chciałeś nas zabić.
– Dlaczego jeszcze się nie spakowałeś? – zapytał Remus, a w jego głosie pogarda walczyła ze złością. – Niedługo uczta pożegnalna.
– Nie chciałem was zabić, Jamesie. Nie planuję też wyjeżdżać, Remusie. Ponadto wierzę, że zatrudnianie i zwalnianie pracowników leży w gestii dyrektora, jakkolwiek miło mi, iż tak żywo interesujesz się ciałem pedagogicznym. – Aiken wypił cuchnącą substancję z kielicha, skrzywiwszy się. – Pozwolę sobie wysunąć teorię, że przybyliście tu po odpowiedzi. Jestem w błędzie?
– Nie – odparła Canicula, a potem odwróciła się przez ramię do Huncwotów i powiedziała:  – A wy nawet nie chcieliście tu przychodzić, więc teraz siedźcie cicho.
– Dziękuję – powiedział Aiken. – Pomimo tego, co się stało, nie nazywasz mnie potworem i za to jestem ci niewysłowienie wdzięczny. Naprawdę jesteś wspaniałą osobą, a niewiele takich miałem szczęście spotkać. – Uniósł głowę, spoglądając na obraz nad drzwiami. – Dobrze, opowiem wam o sobie, jestem wam to winien.
– Jestem dzieckiem nocy – podjął po dłuższej chwili, obracając w dłoni kielich. – Ale tego już doświadczyliście, za co przepraszam. Żyję z górą pół tysiąca lat, widziałem wiele, wiele pamiętam, a jednak wciąż popełniam tak głupie błędy. Kiedyś byłem czarodziejem, czemu zawdzięczam zachowanie zmysłów, zachowanie człowieczeństwa przez tak długi czas. Widzicie, przy odpowiednich okolicznościach, wampirem może stać się każdy, jednak to magia determinuje przyszłość każdego z mego gatunku. Oczywiście samo ugryzienie, sama krew nie wystarczają, aby dokonać przeobrażenia. Waluta, musi zostać zachowana właściwa waluta.
– Gdy zapłata zostanie uiszczona, niewielu będzie w stanie rywalizować z ucieleśnioną duszą. Wraz z upływem czasu, magia w nas słabnie i musimy uzupełniać pokłady energii. Zazwyczaj wystarczają dekokty, odwary, ekstrakty z domieszką szczególnie magicznych ingrediencji, jednakże… – westchnął. – Jednakże raz spróbowawszy krwi, stajemy się od niej uzależnieni, a każdy wampir przy inicjacji smakuje ludzkiej posoki, która jest potężnym katalizatorem rytuału stworzenia.
– Słońce niezwykle silnie osłabia dzieci nocy – podjął i znów pociągnął krótki łyk z kielicha. – Wszystkie moje nadzieje pokładałem w zgubnym wpływie słońca. W swej głupocie liczyłem, że moja wampirza część zostanie zagłuszona, że będzie mi łatwiej. Nie było. Zawiodłem Albusa, nie potrafiłem powstrzymać instynktu, jednak wciąż pozostawałem zbyt uparty by przyznać się do porażki, więc poprosiłem Horacego o przygotowanie pewnego wywaru. Rozwiązanie to funkcjonowało przez jakiś czas, ale później ktoś wykradł sproszkowany róg dwurożca. Eliksir potrzebuje trzech miesięcy, aby dojrzeć, a sam składnik jest trudnodostępny.
– Zawiesiłem lekcje, wymówiłem się chorobą, o którą już wielu mnie podejrzewało. Ten gabinet stał się moim więzieniem, aż w końcu wpadłem na nowy pomysł. Banil Assur jest wyśmienitym aurorem i, tak się składa, był mi dłużny przysługę. Już przekonaliście się, jak niezwykłą odpornością na magię cechują się dzieci nocy, a im starsi jesteśmy, tym potężniejsi. Straciłem nad sobą panowanie, w desperacji gotów byłem się udusić, byleby tylko Banil wywlókł mnie z klasy pełnej uczniów. Miałem szczęście, mnóstwo szczęścia.
– Więcej nie ważyłem się wychylać. Postanowiłem przeczekać najgorsze. Wiedziałem, że to słońce potwornie mnie zmęczyło, potrzebowałem odpoczynku w cieniu, więc zaszyłem się tu. Potem zjawiłaś się ty i wiedziałem, że nie powinienem otwierać, ale wydawało mi się, że zregenerowałem siły. Proszę o wybaczenie, Caniculo, Syriuszu. Nie mierzyłem sił na zamiary, a wy zapłaciliście.
Syriusz prychnął, jednak nic nie powiedział. James zacisnął dłonie w pięści, czując jak paznokcie boleśnie wbijały się w skórę.
– Jestem stary i wiem, zawsze wiedziałem, że pewnego dnia kredyt zostanie spłacony, a ja utracę nad sobą władzę – kontynuował Aiken. – Każde dziecko nocy toczy płynące w żyłach szaleństwo, wypaczona magia, która w końcu przejmuje kontrolę. Czarodzieje niemal wybili mój rodzaj, wymazali wiedzę o tym, jak stać się jednym z nas, a ja prawdopodobnie stanowię najstarszy okaz, relikt przeszłości.
– Remusie wiem, iż od początku mnie podejrzewałeś. W pewnym sensie jesteśmy podobni, choć zapewne nie zgodzisz się ze mną. Przez cały ten czas ty jeden posiadałeś jedyną broń zdolną zabić mnie w kilka chwil, choć nie zdawałeś sobie z tego sprawy.
Potter zacisnął pięści, aż pobielały mu knykcie. Nie spodziewał się, że przy Cannie waży się na coś takiego – jak śmiał ujawniać czyjś sekret, skoro zmusił ich do odkrycia swojego?
Myśli, że wspominając o futerkowym problemie ułagodzi swoją sytuację? Że łatwiej go zrozumiemy, bo mamy kumpla wilkołaka? Niedoczekanie! Remus nigdy nie zrobiłby nikomu krzywdy, nie naraziłby kogoś na takie zagrożenie jak ta… ta kłamliwa bestia!
– Dlaczego? – zapytał James. – Dlaczego zdecydowałeś się uczyć? Czemu byłeś dla nas tak miły, tak pomocny, czemu… czemu pozwoliłeś nam wierzyć, że jesteś kimś innym?
– Nigdy was nie okłamałem, jeżeli to próbujesz implikować. Czy to, iż jestem dzieckiem nocy zmienia mój charakter, zmienia to, jaką jestem osobą? Próbowałem dać z siebie jak najwięcej, choć nigdy nie potrafiłbym rzucić żadnego zaklęcia powyżej absolutnie podstawowego poziomu. Moja odporność na magię niemalże uniemożliwia mi czarowanie, co nie znaczy, że niemożliwość stanowi nauczenie trudniejszych uroków innych.
James zacisnął zęby i przymknął oczy. Chciał móc wściekać się na Aikena, wykrzyczeć mu w twarz, jak wielkim łgarzem jest, jak potwornie wszystkich zawiódł. Ale pamiętał jego zachowanie po tym, jak praktycznie spłonął żywcem oraz wcześniej podczas każdej z dodatkowych lekcji.  Zadziwiające, jak trudno kogoś nienawidzić, gdy wytrąca się wszystkie powody.
– Nie chcę się usprawiedliwiać – cicho powiedział Aiken. – Miałem dobre chęci, a dobrymi chęciami wybrukowano piekło. Znów popełniłem ten błąd i nie doceniłem wampira, ale nie zrezygnuję z tej pracy. Nie zwykłem chować głowy w piasek, gdy coś nie wychodzi i nie zrobię tego teraz. Czas wyciągnąć naukę z błędów oraz ruszyć dalej.
– Łatwo ci mówić, gdy nie ryzykujesz własnym życiem – stwierdził Syriusz, odwracając się do wyjścia z rękoma w kieszeni.
– Nic nie rozumiecie – powiedziała kobieta z obrazu. – Charlie nigdy nie mówi całej prawdy, nie w jego interesie jest pozostawać w Hogwarcie, choć to go zabija. Nie rozumiecie, czym jest, czym może się stać?
– Doskonale wiemy, czym jest – warknął Remus, łapiąc Cannie za zdrową rękę i ciągnąc do wyjścia.
– Elżbieto – jęknął Charles Aiken, a w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała obawa. – Muszę was pożegnać, moi drodzy. Potrzebuję odpoczynku.
Huncwoci opuścili gabinet Aikena, a drzwi niemal natychmiast zawarły się za nimi. Nie rozmawiali przez całą drogę powrotną.
Następnego dnia na uczcie pożegnalnej krzesło nauczyciela obrony przed czarną magią pozostało puste, a James poczuł dziwną pustkę. Przyzwyczaił się do życzliwego Aikena, do jego wiecznie spokojnego głosu i niezdrowego wyglądu. Choć nie umiał wybaczyć mu tego, co zrobił Caniculi, nie mógł pozbyć się wrażenia, że zachował się wobec niego niesprawiedliwie za te wszystkie godziny, które spędził z Huncwotami.
Jest potworem, upomniał się James. Bestią, która nigdy nie powinna przekroczyć murów Hogwatu i powinien… Powinien zginąć jak reszta jemu podobnych. Nie zasłużył na to, żeby tyle żyć! Dlaczego tata umiera, kiedy potwora tak trudno zabić? To niesprawiedliwe, to cholernie niesprawiedliwe.
– Co tak się zamyśliłeś, James? – zapytał Syriusz, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela.
– Nie chcę, żeby on tu uczył – warknął Potter, ze złością wpatrując się w puste miejsce przy stole nauczycielskim.
– Nie za bardzo mamy na to wpływ, Jim.
Aiken nie zjawił się na uczcie pożegnalnej.
Podczas podróży do domu, Huncwoci oraz Cannie omijali temat nauczyciela-wampira. Canicula wydawała się zupełnie nie winić Aikena za to, co się stało, a James nie mógł tego zrozumieć. O wiele łatwiej było rozmawiać o wygranej w Pucharze domów oraz drugim miejscu w Pucharze Quiddtcha.
Widząc rodziców na dworcu King’s Cross, James od razu pobiegł w ich kierunku. Zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo za nimi tęsknił, jak bardzo cenił spędzany z nimi czas. 

10 komentarzy:

  1. być może tajemniczaprzypadłość nauczyciela wiązała się z wyniszczającym wpływem słońca – już pomijając sam brak spacji w tym zdaniu, dodatkowo jest ono linkiem O.o to było zamierzone?
    Puste zdeformowane oczodoły – pokusiłabym się o przecinek.
    Dobrze, opowiem wam o sobie, jestem wam to winien – powtórzenie. Poza tym, nie podoba mi się zabieg późniejszym nowym akapitem i rozpoczynaniem monologu, jakby wygłosiła go całkiem inna osoba.

    Wyjątkowo dobrze napisany rozdział z perspektywy Jamesa! To tak na początek, bo teraz trochę na samego Pottera ponarzekam.
    Krótkowzroczny to on jest nie tylko dosłownie. Niby wyzywa Aikena od bestii i innych takich, ale Remus też jest bestią i gdyby podczas pełni nie był zamknięty na cztery spusty, zrobiłby komuś krzywdę. Widzę, że Syriusz też tego nie dostrzega (ale może mieć uraz, no bo w końcu upuszczono mu krwi), a Remus to czuje chyba frustrację z tego, że oto spotkał kogoś podobnego do niego, kto też ma bestię w sobie i jest to dla niego przykład, że nie da się tego ukryć przed światem. Że zawsze się ktoś dowie i może innym stać się krzywda.
    O Peterze wiele nie powiem, bo on tutaj tylko miga. Za to Cannie pokazuje, że jest najbardziej dojrzała (bo w końcu dziewczynki dorastają szybciej) od Hunców i potrafi wybaczać. Cóż, tego chłopki się jeszcze przez długi czas nie nauczą.
    Samo tłumaczenie Aikena wydaje mi się mętne i takie niedokończone, bo niby mówi, że Cannie nie będzie wampirem, bo trzeba spełnić jakiś warunek, ale dokładnie jaki? I to ciągłe powtarzanie „dziecię nocy” jakby sam bał się słowa wampir. Ten fragment mi mocno nie leży.
    Powiem Ci, że idealnie trafiłaś z rozdziałem, bo właśnie mam przerwę między wykładami i mam co robić :D
    Pozdrawiam, Niah.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bosh, dupa jestem. Miałam Ci jeszcze odpowiedzieć na pytania:
      1) tak, zrób spis wszystkich i poświęć kilka słów tylko n tych najważniejszych
      2) nie zmieniaj. Każdy czytelnik wie, że pisałaś to bez tamtej wiedzy, więc się rzucać nie będziemy. Chyba, że mocno chcesz
      Pozdrawiam, Niah.

      Usuń
    2. Och ty! Link był celowo – Deg naciągnęła mnie na małą niespodziankę, a ja głupek musiałam skleić słowa przez przypadek… Idę się schować.
      Ech, też nie lubię tego zabiegu – nie będę ukrywać. Zwyczajnie wydawało mi się, że w ten sposób będzie przejrzyściej (a beta się nie czepiła). Jeszcze sobie doczytam coś w tym temacie i zobaczę, czy to w ogóle był dobry pomysł czy raczej klapa.
      Dziękuję! ;D
      Tak, dokładnie, masz całkowitą rację. Huncwoci są paskudami i ochoczo bagatelizują jedne kwestie, a inne uwypuklają tylko dlatego, że tak im pasuje.
      „dziewczynki szybciej dorastają” xD Nie pomyślałam o tym w takim sensie, ale faktycznie – co racja, to racja. Postaram się wreszcie zacząć ich ogarniać, bo w przyszłej części wyjdzie, jak pochopnie osądzają (znaczy wy to wiecie, ale Hunce się dowiedzą :P).
      Tego właśnie się obawiałam. Starałam się, żeby było w miarę jasno, ale – jak wydać – niekoniecznie wyszło. Aiken nie mógł i nie chciał powiedzieć, jak tworzy się wampiry, bo jest to surowo zakazane (rzucę trochę światła na to w dodatku). A nie mówi wampir, bo to słowo jest nacechowane raczej negatywnie (albo tylko mi się tak wydaje przez to, jak wykorzystuje się ostatnio wampiry), dziecię nocy ma w sobie trochę godności i nie kojarzy się jednoznacznie z jakimś krwiożerczym potworem (który błyszczy xD). Chyba trzeba by to jakoś wpleść, bo tak trochę lipnie wychodzi…
      Hehe – ma się to wyczucie czasu!
      Jeżeli chodzi o drugie pytanie, to nie chcę zmieniać – zwyczajnie nie chciałam narzucać w pytaniu własnego zdania (jaki sens miałoby wtedy pytanie? Raczej żaden). Dzięki za odpowiedzi ;)
      Pozdrawiam ;)

      Usuń
    3. Gdyby nie to, że zjadłaś spację, w ogóle bym na tekst mychą nie najechała i nigdy bym się nie dowiedziała, że jakiś link tam się chowa :D
      Widziałam go już w kilku książkach, ale za każdym razem wydaje mi się taki nietrafiony... Widać to nie tylko moje uprzedzenie.
      No bo ich racja jest ichsza i nie ma co się z tym spierać ;P
      Naprawdę? A mi się to przy Cannie trzymało od samego początku, że jest dużo bardziej dojrzała od reszty (a na pewno od Hunców, bo oni to do rozpoczęcia wojny będą się jak dzieci zachowywać).
      No tak, trzeba dodać sobie zbędnego patosu, by trzymać fason ;P Rzuciło mi się to w oczy, bo często się powtarzało w małym fragmencie tekstu i bardzo mnie to irytowało.
      Ja nie pamiętam, czy oprócz dodatków, to czy w samym Beruchu wspomniałam, że rodzicami Jamesa są Dorea i Charlus, ale nawet gdyby tak było, nie zmieniałabym tego. Jak sama oceniam to zwracam uwagę na to, że jest w końcu inaczej, ale przecież autor tego nie wiedział, kiedy zaczynał pisać i się nie rzucam.
      Pozdrawiam, Niah.

      Usuń
    4. Ech, bo to miało być tak dla szczęśliwych ludzi przypadków, ale ze mnie ciołek, idę się schować :P.
      Szperałam trochę i wyszło mi, że można zapisywać od myślnika, a można pominąć. Chyba faktycznie pousuwam półpauzy w monologu. Najczęstsza rada brzmiała: unikać wielkich monologów xD.
      Masz rację, po prostu nigdy nie wiązałam tego z płcią. Czasami zapominam o naprawdę prostych rzeczach.
      Hm, skoro aż tak wali patosem i wkurza, postaram się to jakoś zmienić. Nie za bardzo mam pomysł, ale coś się wymyśli.
      Wiesz, z jednej strony lubię mieć wszystko kanoniczne, ale z drugiej bardziej niż na kanonie zależy mi na czytelnikach, a szczerze nie znoszę pisania od nowa (nie podołałabym) ani zmieniania imion bohaterów.
      Pozdrawiam serdecznie oraz życzę wesołych świąt (ale mam refleks odpowiadania...).

      Usuń
    5. Tak, unikanie monologów to najlepsza rada :D Ja stara się wpleść jeszcze jakieś opisy w tak długą przemowę, by mieć pretekst do zaczęcia jej od nowego akapitu xD Bo też mam problem, jak to ogarnąć, ale chyba wybrałabym opcję bez myślników, gdybym musiała stanąć przed takim wyzwaniem.
      Wiesz, to też nie reguła. Znam mnóstwo nieogarniętych lasek i poukładanych facetów. Po prostu przy Huncach ciężko być bardziej nieogarniętym ;P
      Wiesz, w miniaturce można sobie zmienić pół tekstu, ale nie w opowiadaniu, które ma czterdzieści rozdziałów. Bądźmy poważni, czytelnicy też śledzą kanoniczne newsy i orientują się w tym, że są przekłamania. A dla owych (tych nieogarniętych, którzy nie widzą, że opko pisane jest jakiś czas) daje się info o niektórych przekłamaniach z powodu wcześniejszej niewiedzy i tyle.
      Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku, gdybyś znów miała taką prędkość odpisywania :D
      Pozdrawiam, Niah.

      Usuń
  2. No wreszcie!:D To ja odpowiem najpierw na pytania po boku:
    1. Nie jest mi potrzebny taki spis. Lubię poznawać bohatera z opowiadania. Jednak, jeśli bardzo chcesz, to też takie właśnie podstawowe informacje i tyle.
    2. Nie zmieniaj, bo narobisz zamieszania.

    Jak ja lubię czytać o przyjaźni. Takiej prawdziwej, takiej kiedy widać, że komuś zależy na drugiej osobie. To jest właśnie przyjaźń i cieszę się, że James jest przyjacielem. Czasem gorszym, czasem lepszym, ale jest. Podobało mi się nawet, jak przegrała, ale takie już dorosłe przemyślenie, że co tam wygrana, jak tam czekają na niego przyjaciele, którzy są dużo ważniejsi od niej. No i jednak te zaparcie, że w następnym wygra. Trochę się pogubiłam w tej części, kiedy przemyślał to sobie, ale już teraz wiem, co i jak. Fakt, człowiek sobie to wszystko przypomina, kiedy coś robi i świetnie to ukazałaś. Nie przepadam za kotami, ale Szczota tutaj zasługuje na moją pochwałę. Widać, że lubi swoją właścicielkę. W dodatku zawsze wydaje się właśnie taką ochroną dla niej. Hm... cóż ja rozumiem, dlaczego Dumbledore nie wini Aikena, ale nie rozumiem dlaczego Cannie aż tak go broni. Takie trochę pokręcone moje rozumowanie, no ale cóż. Nie umiem inaczej. Prawie ją zabił i to może dlatego uważam, że powinna mieć jakiś żal do niego. Chociaż to tak, jakby był po prostu chory i nie panował nad sobą i powinni to zrozumieć i mu wybaczyć. Cieszę się, że Cannie nie będzie wampirem, ale nie wiem, jak teraz będzie z Remusem, czy Cannie będzie pamiętała o tym, co powiedział nauczyciel i czy nie będzie jej się to wydawało dziwne. No, ale to czas pokaże. No, ale tak wróg potrafi naprawdę dobrze się maskować. Jednak myślę, że Dumbledore po prostu chciał dać mu szanse i nie taką, aby mógł kogoś zabić. Taką, aby mógł normalnie żyć.

    "Okno otwarto na oścież, a do środka wlatywał ciepły, letni wiat, który poruszał zasłonami." --> wiatr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za odpowiedzi – to dla mnie cenne informacje.
      1 Postaram się ogarnąć ten spis, ale na pewno wyląduje w dodatkach. Cóż, to będą pracowite święta…
      2 Też tak sądzę ;).
      Ojej, dziękuję ;). Świetna interpretacja!
      Cannie lubi wiedzieć, dlaczego coś się stało – skoro Aiken tyle czasu był sympatyczny oraz pomocny, nie potrafi wierzyć, że tak bez powodu się na nią rzucił, że chciał zabić, bo tak. No i cóż, masz rację, uważa, że postępowanie Aikena było skutkiem choroby, czymś, czego nie zrobiłby normalnie.
      Nawet nie masz pojęcia, jakim kołkiem byłam! W pierwszej wersji Aiken mi się wygadał przez przypadek, bo zapomniałam, że Cannie tam wciąż jest… Tak czy siak będę musiała się wreszcie wziąć za tę sprawę, bo obecnie Cannie wie za dużo, żeby się nie domyślać.
      Tak, Dumbledore dał Charliemu szansę, ale miał w tym pewien dodatkowy cel. Będzie o tym w interludium :D. Szalenie podoba mi się twoje spostrzeżenie o dobrze maskujących się wrogach!
      Dziękuję za literówkę ;)

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że cię pamiętam spod tamtego nicku. Mam usunąć komentarz czy usunęłaś go przez przypadek?
      Wesołych świąt i wszystkiego najlepszego!

      Usuń