sobota, 11 stycznia 2014

10 Wpływ księżyca

S
rebrzysta tarcza nareszcie zniknęła z nieboskłonu. Słońce ponownie zjawiło się na horyzoncie, przeganiając napawający strachem księżyc. Mrok, wszystko wciąż pochłaniał mrok, który jednak zdawał się o wiele lepszy od odbitego światła satelity. A ta ciemność wydawała się kojąca, uspokajająca, swojska. Dzięki niej łatwiej pomijało się szczegóły, które wyczulone oczy, oczy zwierzęcia, obserwowały z taką dokładnością. Nie było się zmuszonym do obserwowania zmian, własnego ciała, które nie było już ludzkim ciałem, nie było też zwierzęcym. Jawiło się jako potwór. Żądne krwi monstrum, bez możliwości zapanowania nad nim.
Remus Lupin miał wrażenie, że płonął. Poprzecierane nadgarstki piekły niemiłosiernie, czuł, jakby obdzierano go ze skóry. Kończyny dopiero co powyłamywane ze stawów, zrosły się ponownie, znów stając się ludzkimi. Pod kurczącymi się paznokciami, które boleśnie wbijały się w skórę, znajdował się brud. Spocone futro, nie, już włosy były mokre i pozlepiane od potu. Ze skaleczeń na ciele sączyła się wąskimi strużkami krew. Potwornie długie i ostre zęby powoli wracały do swych normalnych rozmiarów wrastały w dziąsła, powodując niewyobrażalny ból. Od podłogi, na której leżał, ciągnęło zimno, lecz nie dawało ukojenia. Uszy, wciąż wilcze, raniły wysokie dźwięki. Czyjś krzyk. Czyj?
Czy kogoś skrzywdziłem? Czy zrobiłem to, co zrobiono mnie? Te myśli wydawały się jeszcze większą torturą.
Potem ktoś położył mu dłoń na ramieniu. Była ciepła, delikatna i uspokajająco go głaskała. Słyszał głos, choć na początku nie zrozumiał słów. Zamiast tego poczuł coś mokrego na policzku. Skąd tu woda?, przemknęło mu przez myśl. Czy przez nieszczelny dach wpada tu deszcz? Ale przecież nie słyszał bębnienia kropel.
– Płacz, wyduś to z siebie – dobiegł go ten spokojny, współczujący szept – Najgorsze za tobą. Przestań krzyczeć, musisz to wypić. To pomoże.
I zrozumiał, że ten wibrujący wrzask wydobywał się z jego własnych ust, że ten potworny, wzbudzający dreszcze krzyk jest jego krzykiem. A wilgoć na policzku to łzy. I wtedy wszystko ustało.
Ktoś przykrył go kocem, zakrył jego nagość, otulił zmarznięte ciało. A potem wlał do gardła coś, co przytłumiło ból, co sprowadziło sen. I ponownie zapadł mrok, wciągnął w swą bezdenną, tak spokojną czerń, dał ukojenie.
~*~
Gdy powróciła mu świadomość, nie leżał już na mokrej, zimnej podłodze Wrzeszczącej Chaty. Tym razem otulały go ciepłe kołdry Skrzydła Szpitalnego. Na jego głowę padało przyjemnie rozgrzewające światło. Wokół panował spokój – nikt nie wrzeszczał.
Remus uchylił powieki, zobaczył, że jest ponownie skryty za parawanem. Nie zdziwiło go to, zawsze między pełniami znikał za katarami. Zastanawiał się czemu nie pozostawiają go tam, we Wrzeszczącej Chacie, w końcu tak byłoby bezpieczniej. Nigdy jednak nie ważył się zapytać o to pani Cavani.
Jego uszu dobiegły ciche szepty i zamykanie drzwi wejściowych.
– Myślisz, że już go przynieśli? – Półszept zaskakująco przypominał głos Jamesa.
– Przecież nie zostawiliby go w tej rozpadającej się chałupie – zironizował drugi głos.
– No nie wiem, dziś księżyc bardzo późno zaszedł.
Nim jednak drugi głos zdążył odpowiedzieć, rozległ się chrobot, coś upadło, potoczyło się pod ścianę i z brzdękiem upadło. Na chwilę zapadła cisza. Słychać było tylko nierówne oddechy kilku osób. Potem rozległo się czyjeś przytłumione jęknięcie i jęk.
– Za co?
– Za piękne oczy Peter, skoro musisz pytać.
– Znów leży za parawanem?
– Pewnie tak.
– Może złoty znicz by go pocieszył? – Tak, to zdecydowanie głos Jamesa, pomyślał Lupin.
– Czy ty masz w głowie tylko dwie rzeczy?
– A jaką drugą masz na myśli? – odezwał się ten, który wcześniej oberwał.
– Evans – padła krótka odpowiedź. – Czy raczej robienie z siebie głupka przed Evans.
– Ja wcale nie...
– Szzzz...
– Racja, przyszliśmy do Remusa.
Jedna z zasłon parawanu poruszyła się i pojawiła się w niej bardziej poczochrana niż zwykle głowa Pottera. Okulary miał przekrzywione, a pod oczami malowały się ogromne sińce. Nie minęła chwila, a wyszczerzony chłopak znalazł się na oparciu łóżka. Tuż za nim weszli Peter i Syriusz. Tylko ten ostatni wyglądał na w miarę wyspanego, choć miał krzywo zapiętą koszulę.
– Cześć Remi – powiedział radośnie Black, siadając na stołku obok łóżka.
– No, stęskniliśmy się za tobą – dodał Peter.
– Chcieliśmy przynieść ci wielki kawałek dyniowego ciasta, bo wczoraj nie było cię na uczcie, ale trochę zaspaliśmy.
– Jim, miałeś tego nie mówić – bąknął Syriusz i przewrócił oczami.
– Mówiłem ci, że ja rano nie myślę – odciął się Potter z wymownym uśmieszkiem. – Ale na obiad przyniesiemy ci największy placek, jaki znajdziemy. Masz słowo Huncwota.
Wszyscy czterej roześmiali się. Remus uśmiechnął się do przyjaciół. Domyślał się, że dla nich ogromnym poświęceniem było wstanie o tak wczesnej porze, wiedział, że wszyscy trzej tego nie znosili. Torby, które mieli przy sobie jasno, świadczyły też, że po spotkaniu z nim, musieli udać się zaraz na lekcje. Lupin chętnie poszedłby razem z nimi, zresztą pozory tego wymagały. Jednak zupełnie nie czuł się na siłach wstać, a co dopiero wysiedzieć na lekcjach. Ta przemiana zdecydowanie należała do tych gorszych w jego wilkołaczej karierze.
– Dzięki, chłopaki – wychrypiał. – Naprawdę wiele dla mnie znaczy, że przyszliście.
– Daj spokój Remus, przecież wiesz, że dla ciebie wszystko – stwierdził Syriusz wesoło, jednak w jego oczach było widać niepokój.
Widzi siniaki, skaleczenia, pewnie domyślił się już, że te pościerane nadgarstki to nie wypadek na rowerze. Wie, że to łańcuchy, że to drugi dzień pełni. I że jutro będzie następny. Najgorszy.
– O co chodzi z królikiem? – wyszeptał Lupin, starając się zmienić temat.
Przez chwilę wszyscy patrzyli na siebie ze zdziwieniem, może nawet zastanawiali się czy ta przemiana nie pomieszała Remusowi w głowie. Aż wreszcie James podskoczył, klasnął i, zadowolony z szybkości własnej dedukcji, powiedział:
– W wakacje byliśmy w lodziarni u Fortescue, wiesz, u tego, co ma najlepsze lody na Pokątnej – James zwracał się do Syriusza, którego mina bardzo jasno wskazywała, że zupełnie nie miał pojęcia do czego zmierza Potter. – No i Corvi zapytał jak się ma królik Remusa, czy coś takiego. Potem przyszła jego siostra i musiał lecieć, a my – wskazał na siebie i Petera – obiecaliśmy zapytać ciebie o co chodzi z tym całym króliczym biznesem. W końcu i tak się do ciebie wybieraliśmy, więc czemu nie?
Syriusz zaczął chichotać, zakrył usta dłonią, by jakoś przytłumić dźwięk, ale na niewiele się to zdało.
– To powiesz nam, czy nie? – zapytał wreszcie Peter, wyraźnie znudzony.
– No co? – mruknął Syriusz. – To wszystko wina Jamesa. – Dla lepszego efektu wskazał na przyjaciela palcem.
– A niby czemu moja?
– A kto wymyślił futerkowy problem? Ja?
– Niby co to ma wspólnego z królikami?
– Wszystko – wyszczerzył się Black. – Corvi kiedyś zapytał mnie, o co chodzi z tym futerkowym problemem Remusa, o którym ciągle gadał James. No to powiedziałem mu, że Remi ma wielkiego, włochatego królika, podgryzającego nam łóżka, ciągle wszędzie gubiącego sierść i jeszcze uwielbiającego biegać przy pełni księżyca. – Syriusz podrapał się po brodzie palcem wskazującym. – Mogłem napomknąć, że ten zdziwaczały królik ubzdurał sobie, że w pełnie są najlepsze marchewki... no i coś o tym, że napada na Hagrida. No nie patrzcie tak na mnie! To było wtedy, gdy Hagrid wrócił wyjątkowo podrapany z Zakazanego Lasu.
– Teraz już niczemu się nie dziwię – stwierdził Peter, śmiejąc się.
Remus również się roześmiał. I nie przeszkadzał mu nawet ból, jaki sprawiał śmiech. To był słodki ból, tek, który nie przysparza zmartwień.
– Wiesz, jakby co, możemy powiedzieć, że masz jakąś grypę, czy coś – niby od niechcenia rzucił James, uważnie lustrując przyjaciela.
Nawet James widzi jak marnie się czuję, nawet on... Wolałbym być lepszym aktorem. Naprawdę, pomyślał Remus z żalem.
– Byłbym naprawdę wdzięczny – odpowiedział, blado uśmiechając się do przyjaciół.
– Przepraszam – powiedział Syriusz całkiem poważnie. – Przepraszam, że znów nie mogliśmy być tam z tobą. Ale zobaczysz, nauczymy się tego. Nie, nie przerywaj, jesteś naszym przyjacielem i nie wolno nam opuścić cię wtedy, gdy najbardziej nas potrzebujesz.
Lupin spojrzał na ich zacięte twarze. Wszystkich trzech. Syriusz zaciskał pięści na oparciu łóżka, James raz po raz zawierał i rozpościerał dłoń, a Peter z uwagą patrzył na Remusa. Lupin wiedział, że Pettigrew się bał, że nie jest tak utalentowany jak dwaj jego pozostali przyjaciele. I dlatego właśnie sama chęć zrobienia czegoś tak trudnego, czegoś, co sprawiało problemy nawet wykwalifikowanych czarodziejom, tak wiele znaczyła. Zawzięli się, stwierdził.
Naprawdę nie zasłużyłem na nich, na to, by dla mnie ryzykować tak wiele.
Ale teraz Remus nie miał siły, by choćby próbować wyperswadować im pomysł dzikiego uczenia się animagii. Chciał zasnąć, odpocząć.
Tylko chwilkę, pomyślał. Jedną, maleńką chwilkę.
Mrok znów otulił wszystko, zagarniając przyjazne twarze, obietnice i wciąż przeszkadzający ból. Jednak tym razem wszystko wydawało się jawić w jaśniejszych barwach.
~*~
Szedł przez las. Nie, biegł. Miał cztery kończyny. Cztery owłosione, umięśnione, zakończone potwornymi pazurami kończyny. Było chłodno, ale nie zimno. Tym razem wiosna była niezwykle łaskawa, niemal nie padał śnieg, a temperatury utrzymywały się powyżej zera.  Wszędzie wokół rosły drzewa, w powietrzu unosił się zapach sosnowych igieł. Czuł żywicę zlepiającą furto. Irytowało go to. Ze zniecierpliwieniem potrząsnął łbem, wyszczerzył groźnie zęby. Był zły, łaknął zemsty i zamierzał dziś jej dopełnić. Tam, gdzie koron drzew panoszyło się mniej, prześwitywał nieśmiało srebrzysty księżyc, jego sojusznik. Jedyny, jakiego cenił i jedyny, jakiego miał.
Znajdował się już blisko, jeszcze tylko kilka susów. Dotarł do celu. tuż przed nim stał maleńki, drewniany domek. Z komina buchał ciemny dym, który drażnił jego węch. Pod niewielkim zadaszeniem przed frontowymi drzwiami zaobserwował ruch. Nie czekał, pobiegł w tamtym kierunku. Teraz to instynkt przejął nad nim całkowitą kontrolę, podpowiadając mu, że czas na polowanie, na krew.
Z łoskotem wbiegł pod zadaszenie. Przewrócił jakąś donicę, silny zapach świeżo ruszonej ziemi dobiegł jego nozdrzy. Ale tuż przed nim był jego cel. 
Nie zawahał się ani chwili. Rzucił się na cel.
Dziecko, które spoglądało na niego z zaciekawieniem swymi miodowymi oczyma, nagle krzyknęło. Ale było za późno. Wgryzł się w jego delikatną szyję. Pił, zaspokajał pragnienie. Chłopczyk rozpaczliwie wrzeszczał. Irytowało go to, uszy wibrowały od wysokich dźwięków.
Drzwi otworzyły się. Wypadło z nich dwoje ludzi. Kobieta krzyknęła, spoglądając na dziecko. Jej dziecko. Mężczyzna przez chwilę zdawał się przyglądać wilkowi, jakby chciał go rozpoznać. I rozpoznał. Wrzasnął ze złości, wyciągnął przed siebie rękę, w której dzierżył różdżkę. Wykrzyczał coś.
Puścił dzieciaka. I tak nie zamierzał go zabijać, nie taką karę dla nich przewidział. Mieli cierpieć, mieli zapłacić. Drogo zapłacić.
Zaklęcie tylko go musnęło, umknął w krzaki. Musiał wylizać rany, zapolować. Noc była jeszcze młoda, a księżyc jasno świecił.  Zwrócił pysk w kierunku srebrnej tarczy. Zawył. Czuł się szczęśliwy, zadowolony, pewny siebie. Zbyt pewny.
Za późno zauważył ruch i szelest. Za późno zorientował się, że w jego stronę leciał snop czerwonych iskier. Oberwał. Odrzuciło go pod drzewo, zaczął się zmieniać, czuł ból. Przeraźliwy, potworny, zniewalający i odbierający zmysły ból. Nie, nie wolno mu.
Zdołał zatrzymać zmianę. Nieludzkim wysiłkiem utrzymał wilczą formę. Księżyc ukryły przeklęte chmury.
Czarodziej nie próżnował, zbliżył się do niego i nieustannie szył zaklęciami. Te słabsze dosięgały go, tych mocniejszych starał się unikać. Biegł, gnał ile sił w nogach, nie oglądając się za siebie, nie patrząc wstecz. Bał się. Po raz pierwszy tej nocy bał się. Nie, nie tego, co zrobił. Obawiał się, że człowiek go doścignie, że zabije. A własne życie cenił nad wszystko.
Remus Lupin obudził się gwałtownie. Był cały zlany potem, przechodziły go zimne dreszcze. Bał się. Bał się tak potwornie, że to jego wina, że tym razem się nie powstrzymał, że zrobił jakiemuś dziecku to, co zrobiono jemu. Czasami zdawało mu się, że wciąż słyszał wrzaski ojca. Pamiętał, dobrze pamiętał to, co krzyczał. Arsene Lupin nienawidził wilkołaków, nienawidził ich za to, co spotkało jego syna, życzył im śmierci. W mękach. A Remus był tego świadom. Bał się, tak strasznie się bał każdej pełni. Nie tylko tego, że zrobi komuś krzywdę.
– Ciii – szepnęła wprost do jego ucha pani Cavani. – Już dobrze, już jesteś bezpieczny. Zaczynałam się poważnie o ciebie obawiać, mój drogi. Nie mogłam cię dobudzić. Ale już jest dobrze.
Nic  nie jest dobrze, pomyślał Remus, ale posłusznie wtulił się w ciepłe ramiona szkolnej pielęgniarki. Lepiej mieć kogoś, niż tkwić samemu wśród własnych koszmarów.
~*~
Skrzydło Szpitalne opuścił rankiem we środę. Poranne lekcje były dla niego stracone. Nie poszedł do Wielkiej Sali, nie liczył nawet, że ktoś tam będzie. Swoje kroki Remus skierował do portretu z gruszką, do kuchni.
Skrzaty powitały go rozweselonym świergotem, traktując jak króla.  Proponowały mu setki różnych potraw, mnóstwo smacznych kąsków. Z grzeczności Lupin przystał na kilka z tych propozycji.
Remus nie miał ochoty zjawiać się w pokoju wspólnym. Tłumaczyć, czemu nie przyszedł na lekcje, jak się czuje. Nie miał ochoty łgać. Skrzaty nie pytały o nic, po prostu w ich naturze leżała niezwykła usłużność, uprzejmość. Skrzaty to nie ludzie, one nie uciekną z krzykiem, dowiadując się, że ich pan jest potworem. One zostaną, pomogą, pocieszą. W jego pamięci były wciąż świeże obrazy umykających przed nim dzieci. Złych min ich opiekunów, odrazy i wstrętu malujących się na ich twarzach, gdy na niego patrzyli. Z czasem nauczył się, że lepiej jest kłamać, niż mówić prawdę, że prawda wcale nie jest zbawienna.
Ten, kto to wymyślił, musiał żyć w o wiele lepszym świecie, pomyślał.
Portret poruszył się, do kuchni wszedł profesor Silvanus Kettleburn. Podstarzały, silnie zbudowany mężczyzna. Nie grzeszył urodą, miał przeciętny wzrost i wyjątkowo rubaszny humor. Nauczał opieki nad magicznymi stworzeniami z prawdziwą pasją i oddaniem. Świadectwem jego oddania były ledwie dwie kończyny, jakie wciąż mu pozostały. Prawą nogę i prawą rękę podobno zwęglił mu smok, gdy był w Rumunii. Bo smoki wydawały się pasją profesora Ketlleburna. Oprócz tego na jego prawej połowie twarzy znajdowały się paskudne blizny, niewątpliwie po oparzeniu. Uczniowie plotkowali, że to po smoku, który zabrał Kettleburnowi rękę, ale nikt nie wiedział, co zdarzył się naprawdę. Tuż koło lewego oka biegła gruba szrama, pamiątka po wyjątkowo rozwścieczonym hipogryfie. Po całym zamku krążyły również legendy o innych bliznach na ciele starszawego nauczyciela, lecz większość z nich stanowiło wyssane z palca brednie.
Nauczyciel zbliżył się powolnie, szurając drewnianą nogą i opierając się ciężko na przypominającej zwykłą gałąź lasce. Uśmiechał się, czy raczej starał się to robić, bo blizny przy próbach naciągnięcia stawały się jeszcze szpetniejsze, a twarz mężczyzny była bardziej przerażająca niż uśmiechnięta.
– Przepraszam, panie profesorze – powiedział Remus, zrywając się z zydelka, na którym przysiadł. – Już więcej nie będę tu przychodził, obiecuję.
– Przestań, chłopcze – powiedział czarodziej, machając dłonią na chłopaka, by pozostał na miejscu. – Przecież nikt nie wypędza cię z kuchni. W końcu odnalezienie tego miejsca trochę cię kosztowało, prawda? No, mały dałbyś mi mojego ulubionego placka z rabarbarem, co?
Kettleburn skinął na jednego ze skrzatów, a ten natychmiast popędził do spiżarni. Kilka innych pobiegło za nim, jakby dla pewności, że przyniesie to, co trzeba. Nauczyciel zaśmiał się tubalnie.
– Co masz taką markotną minę? – zagaił wesoło, uderzając Remusa lekko w plecy. – Dopiero początek roku szkolnego, chyba nie zdążyłeś jeszcze narozrabiać, co?
– N... nie.
– Nie jąkaj się tak, ja nie gryzę, zapewniam. Poza tym, gdybym gryzł, nie miałbym pewnie aż tylu blizn. Och, tu jesteś! – ucieszył się Ketlleburn, gdy skrzat dostarczył mu smakowicie pachnący kawałek ciasta.
– Panie profesorze?
– Tak?
– Czy mógłbym o coś zapytać?
– Po to jestem nauczycielem, żeby odpowiadać na pytania. Pytaj śmiało.
Remus złożył ręce i zaczął się w nie wpatrywać. Nie wiedział, czy powinien o to pytać, czy Kettleburn wie. Jednak tym razem mężczyzna nie poganiał go, nie zachęcał. Jadł w spokoju i tylko kątem oka uważnie śledził ucznia. Remus westchnął.
– Chciałem tylko zapytać, co w tym roku pan dla nas przygotował.
Kettleburn skończył jeść, niedbale wytarł ręce o brązowy płaszcz, który miał na sobie, i poważnie spojrzał na ucznia. Tym razem nie uśmiechał się.
– Lupin, czasami zastanawiam się jak ty wytrzymujesz z Potterem i Blackiem. Ci dwaj to najbardziej zadufani w sobie kretyni jakich widział Hogwart. Nie, nie próbuj zaprzeczać. Jeden wart drugiego: ciągle tylko ładowaliby się w kłopoty. W ogóle nie myślą nad konsekwencjami. Tak wiem, są bystrzy, nawet bardzo. Ale pewnego dnia to nie wystarczy.
Remus założył ręce na piersi. Nie podobało mu się to, co mówił profesor. Zdecydowanie nie podobało.
– Wiesz, skąd mam te blizny? – Kattleburn wskazał na swoją twarz. – To pamiątka po smoku, tym samym, który zabrał mi rękę i nogę. Wtedy też byłem przekonany, że jestem władcą świata. Tyle że to guzik prawda. I oni też się tego dowiedzą. Pewnego dnia. A wiesz przez kogo smoki stały się takie, jakie są dziś?
Chłopak pokręcił przecząco głową.
– Kiedyś były inteligentnie. I to okrutnie inteligentne. Bardzo stare manuskrypty wspominają o nich jako o nie tylko źródłach ważnych magicznych ingrediencji, ale i jako o źródłach magii. Wiedziały znacznie więcej niż my, ale były zupełnie inne, więc czarodzieje okrzyknęli je potworami. I zaczęli tępić. Tak długo wmawiali im, że są tylko zwierzętami, aż wreszcie w to uwierzyły. I teraz pijemy piwo, którego sami naważyliśmy. Tego procesu nie da się już odwrócić, smoki zostały nam odebrane raz na zawsze, a cała ich wiedza przepadła. Nie umiemy ich kontrolować, walczyć z nimi ciężko, wystarczy chwila nieuwagi i kończysz jak ja. To samo dzieje się teraz z wampirami i wilkołakami. Z centaurami, trytonami i olbrzymami. Popełniamy ten sam błąd. Jesteśmy zbyt pewni siebie, przekonani, że świat należy do nas, że mamy do niego prawo. Gówno prawda – sarknął ze złością. – Czasami powinieneś powiedzieć im parę słów, przyjaciela by posłuchali.
Na chwilę zapadła niezręczna cisza. Tylko zajęte własnymi sprawami skrzaty krzątały się po kuchni. Piszczały czajniki, wokół unosiła się przyjemna woń przygotowanego obiadu.
Wreszcie Kettleburn podniósł się. Ciężko, ociężale, z kłopotami. Jednak nie chciał pomocy, był samowystarczalny, a może po prostu zbyt dumny?
– Ech, poniosło mnie, chłopcze – powiedział, próbując się uśmiechnąć. Słabo mu to wyszło. – Chyba nie powinienem tak dosadnie się wyrażać. Czasami po prostu trudno znaleźć określenie dla głupoty, dla głupoty tych, którzy powinni chronić. A ty, Lupin, możesz naprawdę wiele osiągnąć, niezależnie od tego, kim jesteś. Bystry z ciebie dzieciak.
Kettleburn uśmiechnął się raz jeszcze na odchodne i wyszedł. Remus Lupin jeszcze długą chwilę spoglądał na miejsce, gdzie zniknął nauczyciel. Wreszcie podniósł się i skierował do wieży Gryffindoru.
09.06.2014 - rozdział zbetowany przez Degausser.

14 komentarzy:

  1. zapowiada się ciekawy blog.Pisz dalej:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy rozdział :) ciekawe, barwne opisy - super :)
    Zdrówka, szczęścia i weny życzę ~Carola

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie sobie poradziłaś z opisem przemiany, ale właściwie niczego innego się po Tobie nie spodziewałam. Bidula Remus, a na dodatek zafundowałaś mu trzy dni atrakcji, naprawdę mi go szkoda, że się tak na nim znęcasz. Ale przynajmniej przyjaciół ma na miejscu, więc będzie okej, co nie? I muszę Ci pogratulować, bo z ich całej rozmowy wyziera taka niedojrzałość, jaka myślę,że powinna i nie chodzi mi bynajmniej o samego królika.
    Dalej, sen. Remus jako Greyback, mam wrażenie, nie mylę się? Jeśli tak, to bardzo dobrze rozpisane, bo wilkołak nie wydaje się być aż tak zimny i wyrachowany w tym co robi, jak o to podejrzewałam zawsze Greybacka (który w mojej głowie jest takim trochę super-wilkołakiem, który potrafi być zimny i wyrachowany, pewnie dlatego, że w ogóle pomyślał o takiej zemście i był w stanie ją przeprowadzić), a myślę, że w umyśle Remusa nie mógłby taki powstać, biorąc od uwagę to, jak on przechodził swoje przemiany.
    Kettleburn jest ciekawą postacią, ale ta rozmowa wydała mi się zupełnie ni z gruchy, ni z pietruchy wzięta. Nagle zaczął najeżdżać na najlepszych kumpli,miałam taką sytuację w życiu i do dziś nie potrafię sobie odpowiedzieć,jaki jest tego cel? Czy nauczyciel jest tak naiwnie głupi, że myśli że jego słowa coś zmienią w ich relacjach? Czy chce, żeby osoba słuchająca przytaknęła? Czy ma nadzieję, że osoba słuchająca powtórzy to przyjaciołom? Nie rozumiem, może po prostu żyją w swoim świecie. Smoki to ciekawy motyw, choć (wybacz mi,że to powiem) trochę naciągany. Troszeczkę, bo trudno mi uwierzyć, że rasa, która miałaby być tak okrutnie inteligentna, dałaby się w taki sposób stłamsić. Choć oczywiście ogólne przesłanie jest bardzo prawdziwe, ludziom - rasie ludzkiej - zdecydowanie brak pokory.
    A, i jeszcze słowo na temat tych Awards: prawie poddałam się temu szantażowi emocjonalnemu, ale zobaczyłam Twoje pytania i mówię: są za trudne, nie odpowiem. Ale dzięki za nominację, tak czy siak.
    Pozdrawiam i powodzenia w sesji!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo pełnia trwa trzy dni, niestety. No cóż - ja nigdy nie twierdziłam, że chłopaki są dojrzali, bo nie są. I bardzo cieszę sie, że to widać ;)
      Nie mylisz się. No, ale skoro uważsz, że Greyback nie jest u mnie zimny i wyrachowany, to coś skopałam. Bo to, że przeprowadził zemstę właśnie w taki, a nie inny dzień, że panował nad sobą i zrobił dokłądnie tyle, ile zamierzał, to właśnie jest chłodna kalkulacja. Przynajmniej na tyle, na ile można przypisać ją wilkołakowi. A to, że później zwiał, wystraszył się, to tylko lęk przed śmiercią, bo nie sądzę, by wielu ludzi jej się nie bało.
      Kurczę no, obawiałam się, że tak to bedzie wyglądać. Kettleburn wkurzył się na Remusa, bo Remus nie zadał pytanie, które zadać chciał, bo stchórzył. No zupełnie nie chodziło w tym o jego przyjaciół, to znaczy - owszem, mówił o nich, ale w gruncie rzeczy chodziło bardziej o samego Remusa. O to, by prestał wreszcie tak sie nad sobą rozczulać, uwierzył we własne możliwości, żeby umiał przedstawić swoje racje innym. Teoretycznie mógłby powiedzieć mu to wprost, ale on niejest takim typem człowieka. Woli dawać wskazówki, zamiast podwać wszytsko na srebrnej tacy - poza tym, dzięki temu istnieje możliwość nauki, a Kettleburn jest nauczycielem. No i on rzeczywiście sie o całą te ferajnę martwi, naprawdę.
      Och, nie mam czego wybaczać, to moje skrzywienie i nie potrafiłam sobie odmówić, by choć ten jeden, jedyny raz o tym nie wspomnieć. Mimo to spróbuję się obronić :D Jeżeli dana rasa dysponuje niebywałą wiedzą, ale składa się z niewielkiej liczby przedstawiecieli, którzy w dodatku zaczynają toczyć bój z czarodziejami, czego znów konsekwencją jest śmierć najstarszych i najmądrzejszych, to powoli ta wiedza zanika. W dodatku instynkt każe się izolowac, ukrywać, zachowywać się jak zwierzęta, to niemożliwy jest rozwój, zaczyna się regres. Oczywiście nie mówimy to o krótkiej przestrzeni czasowej, ale o całych stuleciach.
      Eh, wiedziałam, że tak będzie... W takim razie odpowiedz na te pytania, na które chcesz, a resztę pomiń.
      Dzięki, chociaż chyba nie powinno się dziękować... Nawzajem? Nie bardzo wiem, czy studiujesz, ale jak nie, to powodzenia na sprawdzianach albo w pracy :P

      Usuń
  4. Kurka, mam trochę problem z komentowaniem u Ciebie rozdziałów, nigdy nie wiem, co tak naprawdę chcę napisać. Może to dlatego, że jestem przyzwyczajona do dłuższych, w których jest wielu bohaterów, no wiesz... wtedy komentarze same z siebie też jakieś bardziej rozbudowane wychodzą :D
    Zawsze mnie zastanawiało, jak to było z tym Greybackiem, czy on dał radę zaatakować Remusa w trakcie przemiany, kiedy wilkołaki traciły nad sobą panowanie i działały instynktownie? Czy może to było poza pełnią, bo przecież z książek wiadomo, że Fenrir był psycholem, któremu pełnia nie robiła większej różnicy. Ale z kolei czy poza pełnią wilkołak jest w stanie "zarażać"? Greyback może tak.
    O, sama kwestia pełni też jest ciekawa, słyszałam już wiele sporów na temat tego, jak długo trwa. Nie znam się na astronomii, ale jednak pomijając księżyc, skłaniałabym się ku wersji, że przemiana trwała jedną noc - nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że gdzieś w kanonie było wspomniane, że wilkołaki przez jedną noc skazane są na przemienianie się w potwora. No ale tego pewna nie jestem, w każdym razie doceniam wyłamanie się z szeregu i przedstawienie swoich racji na ten temat :>
    Profesorek z charakterem, choć nie wiem, czy zaufałabym mu w kwestii opieki nad magicznymi zwierzętami, widząc jego uszkodzenia :D Ale generalnie może z niego wyjść ciekawa postać i jeśli mogę coś zasugerować, to chętnie przeczytałabym jakiś opis lekcji z nim.
    Aha, no i uległam Ci w kwestii liebstera :p jakbyś chciała zobaczyć rezultat, to jest na stronie głównej pod 16.rozdziałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, dłuższych? Chyba aż tak krótkie to one nie są... Co do bohaterów, to obiecuję, że zacznie ich przybywać. W końcu Hogwart, nie? Ale, gdybym powprowadzała ten tłum co to sobie czyha w genealogii, to byłaby kicha. Na razie chciałam, żebyście poznali chłopaków, ich najbliższe otoczenie, dopiero teraz powoli, powoli wejdzie ich tu więcej - bo ja wiem, że ten kto pisze się orientuje, ale ten, co czyta niekoniecznie; sama tak mam :P
      No bez pełni to nie da się zainfekować kogoś i tego nawet Greyback by nie obszedł. Nawet widać to na przykładzie Billa, którego Fenrir pogryzł bez pełni - Weasley nie przemienił się nigdy.
      Jeżeli znajdziesz kiedyś dowód, ok. Jednak tak czy siak pełnia trwa trzy dni i błędem byłoby ściśnięcie ich do jednego. Co do kanonu - w trójce, gdy Lupin zażył eliksir tojadowy, Snape mówił, że Remus sie rozchorował. Choroba nie trwa jeden dzień...
      Ale jakie doświadczenie! xD Przed 17 rozdziałem na pewno nie, ale postaram się coś wykombinować.
      No pewnie, że chcę!

      Usuń
  5. Och, Boże, trochę mi się zeszło zanim zebrałam się do skomentowania, za co oczywiście Cię przepraszam. Ale teraz, kiedy w końcu udało mi się nadrobić rozdzialy, będę już systematycznie komentować ^^.
    Nawiązując do poprzednich rozdziałów, bardzo spodobał mi się kawał Huncwotów. Niezwykle bawiło mnie to, jak przebrali się za Hagrida, a potem James zaczął mówić tą swoją litanię. Tak jak niemal wszystkich powtarzam; Oni są jedyni i niepowtarzalni <3. Zastanawia mnie tylko to, dlaczego te łodzie zatrzymały się na środku jeziora, choć dotąd to się jeszcze nie zdarzyło?
    Bardzo podobają mi się Twoje kreacje bohaterów; są dokładnie tacy, jacy powinni być i zachowują się tak, jak na czwartoklasistów przystało.
    Lubię Remusa i cieszę się, że postanowiłaś napisać ten rozdział z jego perspektywy. Wyszło to bardzo interesująco, zwłaszcza przemiana. Po raz pierwszy przeczytałam taką szczegółową ;). Dialogi Huncwotów mnie rozbrajają, a zwłaszcza, kiedy rozmawiali o futerkowym problemie Remusa. Ich pomysłowości już chyba nikt nie jest w stanie przebić! Niemniej, bardzo cieszę się, że nasz biedny Lupin ma takich dobrych przyjaciół i że zawsze może na nich liczyć.
    Rozmowa Remusa z nauczycielem sprawiła, że w pewnym momencie się pogubiłam, a konkretnie to w tym, gdzie Kettleburn zaczął nawiązywać do reszty Huncwotów, a potem smoków, choć z pewnością było to bardzo pouczające i zawierało jakieś drugie dno. W ogóle, z jakiegoś powodu on bardzo przypomina mi Moody'ego :D. Fajnie by było, gdyby jeszcze się pojawił ^^.
    Co do tej nominacji, powinnam Cię zabić za ten emocjonalny szantaż. Normalnie ignoruje takowe zabawy, ale teraz zastanawiam się czy odpowiedzieć, czy nie. Chyba jestem za miękka? :\
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie masz za co przepraszać, rozumiem cię. Sama czasami zjawiam się po miesiącu, bo też nie mam specjalnie dużo czasu.
      Ha, a już myślałam, że nikt nie zwróci na to uwagi. Na to pytanie jednak nie mogę odpowiedzieć z oczywistych powodów.
      Oki, to jest tak: Remus zadaje pytanie (nie to, które zadać chciał na początku), co wkurza Kettleburna. Nauczyciel stara się wyłożyć Remusowi, że powinien być nieco bardziej przebojowy, że nie powinien wstydzic się samego siebie, krytykując jego przyjaciół. Nawiązuje to tego, że Hucwoci uważają się za kogos niezwykle ważnego, wspomina, że kedyś również tak sądził i wtedy napomyka o bliznach. I przechodzimy do części, w której Kettleburn stwierdza wprost, że przekonanie o własnej wyższości prowadzi do tępienia innych gatunków (smoki). Remus należy do tych innych gatunków, więc mówiąc o tym, stara się nakłonić ucznia, by był bardziej zdecydowany, zdolny bronić własnych racji jako ten "inny". Tyle ;) Pewnie przypomina Moody'ego ze względu na tą drewnianą nogę i blizny (przyznam, że blizny to bardziej moja robota).
      Ej ja chcę pożyć! Nikt jakoś sie nie pali, żeby odpowiadać na te pytania... no normalnie ludność teraz jest taka poważna :( Albo kij, zabij mnie, nie będę się martwić sesją :P
      Pozdrawiam.

      Usuń
  6. Witaj! Zacznę od tego, że na Twojego bloga trafiłam przypadkiem. Szukam ciekawych opowiadań, a że mam fioła na punkcie Harrego Pottera, to z wielką ciekawością przeczytałam prolog. I co? A to, że nim się obejżałam, już przeczytałam wszystkie rozdziały, które wchłonęłam w zastraszającym tępie i które są wyjątkowo dobre.
    Prawda jest taka, że jest wiele opowiadań o czasach Huncwotów, jednak większość z nich jest mdła i nie wprowadza do historii niczego nowego. Schemat, jaki większość autorek przyjmuje jest aż zbyt utarty, dlatego, gdyby nie ciekawy prolog, pewnie nawet bym nie zagłębiła się w Twoją opowieść.
    Jednak ogromnie się cieszę, że to zrobiłam. Twoje opowiadanie całkowicie odbiega od tego utartego schematu. Pokazujesz więcej. Twoje opisy są powalające, wszystko takie szczegółowe i dopracowane. Nic dodać, nic ująć.
    A jeśli chodzi o ten rozdział, to był po prostu genialny. To jak ujęłaś cierpienie podczas przemiany Remusa, jego ból i strach pokazuje, że dobrze wiesz co chcesz napisać. Że bardzo dobrze przemyślałaś sobie sprawę i że To opowiadanie ma bardzo duży zadatek na sukces.
    Możesz być pewna, że będę zaglądać do Ciebie częściej.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego zaliczenia wszystkich egzaminów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łał, naprawdę miło mi, że jednak jest tu coś wiecej, coś, co staram się przekazać, a co niekoniecznie łatwo dostrzec (albo moje umiejętności przeazywania są zwyczajnie mizerne, co jest bardzo prawdopodobne). Starałam się oddać ten świat najlepiej jak umiem i bardzo mi miło, że choć po części się udało ;)
      Kurczę, a już myślałam, że zauważyłaś coś jeszcze... coś, na co nikt wcześniej nie zwrócił uwagi, a co tyczy się relacji Remusa z ojcem.
      Dzięki i pozdrówka ;)

      Usuń
  7. [Przepraszam za tyle spamu ostatnimi czasy @.@]
    Nominowałam Cię do Libster Blog Award na http://akinese.blogspot.com/p/liebster.htm
    Pozdrawiam, Niah.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jakoś wcześniej nie skojarzyłam, że chodzi o pełnie. Dobrze wiem, że Remus jest wilkołakiem, no ale mówię jakoś mi to nie przyszło do głowy. Wiesz co? Masz talent i to wielki talent. Trudno jest napisać coś śmiesznego jak te całe przebieranie się za Hagrida, ale niektóre osoby to potrafią. Jednak jest mało takich, które nie dość, że umieją bawić swoimi opowiadaniami, to umieją napisać coś, co wstrząśnie człowiekiem. A to wstrząsnęło mną całkowicie. Ta cała jego przemiana... to nie do opisania, a Ty to zrobiłaś. To co czułam, gdy czytałam jest znowu nie do opisania. W pewnym momencie myślałam, że to on kogós zaatakował, ale to było tylko wspomnienie. Wspomnienia mają olbrzymią moc.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo fajnie mi się czyta Twoje opowiadanie i właściwie nie mam zwyczaju komentowania, ale kopnij tę swoja betę w tyłek za ten brud przez ó na poczatku rozdziału xD on bardzo boli xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękny babol. Chyba czas się schować pod ziemię... Dzięki za wytknięcie - poprawiłam, żeby nie straszył :)

      Usuń